E-Polska w stanie surowym

Kandydaci na urząd prezydenta RP w roku 2000 mówili sporo o powszechnym dostępie do Internetu i chętnie fotografowali się z komputerem w tle.

Kandydaci na urząd prezydenta RP w roku 2000 mówili sporo o powszechnym dostępie do Internetu i chętnie fotografowali się z komputerem w tle.

Powtórzy się to w przyszłorocznej kampanii parlamentarnej, co wcale nie znaczy, że problem przygotowania Polski do rewolucji informatycznej uzyskał wreszcie pierwszorzędną rangę.

Daleka jest droga od słów do czynów. Słabe jest rozpoznanie tego problemu w naszych kręgach politycznych i gospodarczych. Nożyce pomiędzy deklaracjami a surowym stanem e-Polska pozostają szeroko rozwarte. Osobiście - z uwagi na pamięć pionierskiego czasu informatyki w Polsce i liczbę stresów, jakie przeżyłem próbując oswoić nowe medium - nie poddaję się bezkrytycznej wierze w zbawczą moc nowych technologii. Interesuje mnie nie tyle sama dynamika e-biznesu i jego kariera na GPW, ile związek rewolucji internetowej z modernizacją tradycyjnej ekonomii, - czyli całościowym awansem cywilizacyjnym kraju. Jest to zasadne pytanie w naszym regionie Europy, która nie daje się zakwalifikować jako rozwinięta gospodarka typu zachodniego ani jako rozwijająca się gospodarka rodem z Trzeciego Świata. Stanowimy trzecią kategorię krajów "źle rozwiniętych" (mis-developed economies), które po II wojnie światowej, nie z własnej winy, podlegały spóźnionej industrializacji, rozchodząc się z trendami współczesnego świata. Wolę zatem zapytać o udział nowych technologii w rozwiązywaniu tak istotnych problemów polskiej gospodarki, jak słaba zdolność eksportowa czy kryzysowa sytuacja na rynku pracy. A rolnictwo? Czy jest jakiś związek nowych technologii z modernizacją rolnictwa, czy są to oddalające się od siebie światy- Raczej to drugie. Takimi pytaniami należy nękać entuzjastów nowych technologii, by je właściwie umiejscowić - nie jako sztukę dla sztuki, lecz jako narzędzie awansu Trzeciej Rzeczypospolitej. O tym chciałbym rozmawiać z czytelnikami Internet Standard...

Dość oczywistym, ale fundamentalnym założeniem jest przyznanie, iż jesteśmy opóźnieni. Z uwagi na spóźniony start internetowy całej Europy liczy się naszą lukę czasową na mniej więcej 5 lat. Mnie to nie przeraża, bo pamiętam jak w roku 1989 odkrywaliśmy 50-letnie opóźnienia w wielu dziedzinach życia. Zaległości internetowe są fragmentem luki cywilizacyjnej, jaka ujawnia się w toku naszego dostosowania do standardów Unii Europejskiej. Ruszyliśmy w pościg za Europą Zachodnią, która - zżerana z kolei przez kompleks Ameryki - czyni z internetyzacji gospodarki i życia społecznego swój wielki projekt XXI wieku. Jest to zadanie porównywalne z projektem euro, planem rozszerzenia na Wschód i wewnętrznej reformy ustrojowej.