Interaktywny czy nie?

W edukacji marketingowej podstawowym problemem, o jaki potykają się ludzie na stanowiskach kierowniczych, jest absolutna niewiedza młodych podwładnych z dyplomami na temat marketingowej rzeczywistości.

W edukacji marketingowej podstawowym problemem, o jaki potykają się ludzie na stanowiskach kierowniczych, jest absolutna niewiedza młodych podwładnych z dyplomami na temat marketingowej rzeczywistości.

Nie wiedzą, co to jest brief i jak się go pisze, co jest potrzebne do dobrego planu marketingowego, jak określa się grupę docelową i co powinno znaleźć się na reklamie, żeby klient ją przeczytał. Oczywiście, nauka marketingu jest jak terminowanie u szewca, im więcej się widziało, tym łatwiej jest wpaść na jakiś dobry pomysł. Dlatego młodzież nie jest dobra. To jest profesja, która wymaga lat.

Zobacz również:

Można sobie pomóc, podsuwając młodzieży książkę, którą właśnie mam w ręku. Nie ukrywam, wzięłam ją do ręki z powodu tytułu, który mną wstrząsnął. Tytuł brzmi, jak widać na okładce obok, "Marketing bezpośredni i interaktywny". Wstrząsem dla mnie było odkrycie, że skoro mówi się o marketingu, że może być interaktywny, to należy dopuścić również możliwość, że może istnieć marketing nieinteraktywny. No przecież wszyscy wiemy, że nie może, ale dobrze to sobie czasem powiedzieć, żeby uporządkować priorytety w pracy marketingowej. Marketing powstał wprawdzie jako emanacja interaktywności, wymyślony bardziej przez komiwojażerów niż przez uczonych, a zatem jego źródła leżą tak naprawdę w marketingu bezpośrednim. W procesie rozwoju komunikacji masowej gdzieś ten rys został zagubiony, ale teraz, wraz z nowymi narzędziami, które pozwalają na gromadzenie i analizowanie wiedzy o klientach i dzięki nowym mediom, dyscyplina stała się naprawdę interaktywna.

Tak naprawdę książka jest bardziej o marketingu bezpośrednim lub o takim fragmencie marketingu, który przez marketing bezpośredni jest wykorzystywany. Dobrze ją poczytać, bo w dobie nieustannych dyskusji z dyrektorem finansowym na temat efektywności i rentowności wydatków marketingowych wszyscy coraz bardziej skłaniamy się do wykorzystywania metod marketingu bezpośredniego, nawet jeśli stosujemy go na skalę masową. Doprowadzone do perfekcji przez firmy wysyłkowe przygotowywanie ogłoszeń, na które klient może bezpośrednio odpowiedzieć, przyda nam się nawet w przypadku kampanii wizerunkowej. A umiejętność współpracy z call center odpłaci nam efektywnością nieporównywalnie większą niż jakiekolwiek ogłoszenie w prasie codziennej.

Zwykle książki z aspiracjami do bycia kompleksowymi podręcznikami wprawiają mnie w stan znudzenia i zniechącenia, bo nie da się tak skomplikowanej rzeczywistości opisać, nie pomijając ważnych fragmentów. W tej pozycji dobór rozdziałów został podporządkowany tezie, że marketing bezpośredni składa się z określonej liczby elementów, które zostały porządnie przedstawione. Biorąc ją do ręki, można spróbować zaplanować kampanię marketingu bezpośredniego. Albo przebudować model marketingowy w stronę interaktywnej komunikacji.

Dzisiejszy marketing to nieskończona kombinacja narzędzi, metod i podejść. To właśnie widać jak na dłoni, gdy czyta się tę książkę. Jest tu solidny kawałek, który porządkuje naszą wiedzę o bazach danych, podstawowa wiedza na temat telemarketingu i call center, trochę o Internecie, trochę o relacjach z klientami. Ci, którzy studiowali w czasach, gdy komputery chodziły pod DOS-em, a o Internecie nikt nawet nie marzył, powinni używać tej książki zamiennie z Kotlerem. Bo jest w niej to, o czym Kotler nie pisał, a czego trzeba dzisiaj używać w procesie zintegrowanej komunikacji marketingowej.

<hr>

Marlin Stone, Alison Bond, Elizabeth Blake, "Marketing bezpośredni i interaktywny", Polskie Wydawnictwo Ekonomiczne, Warszawa 2007.