Historia Wirtualnej Polski według Marka Borzestowskiego

Od upadku spółki Wirtualna Polska minęło już kilka miesięcy. Prezes WP w wywiadzie dla Internet Standard zaznacza, że w tej chwili zajmuje się głównie lekturą, która ma oderwać go od wspomnień dotyczących konfliktów od wielu lat trawiących spółkę z różnym natężeniem. Marek Borzestowski nie zamierza na razie rozstawać się z branżą internetową, jednakże nie wyklucza takiej możliwości. Podkreśla, że czuje się źle, patrząc na upadłość prawie dziesięcioletniego przedsięwzięcia, które wspólnie z kolegami założył w 1995 roku.

Wydarzenia
3-4 kwietnia 2017

Coaching w Scrumie, to autorski program szkoleniowy, zaprojektowany z myślą o doskonaleniu pracy każdego Scrum Mastera. 2-dniowe szkolenie,...

Zarejestruj się
Internet Standard: Prehistoria Wirtualnej Polski - rok 1995. Był Pan wówczas w Niemczech na stypendium, podobnie jak Leszek Bogdanowicz, który robił doktorat. Tam powstał pomysł Centrum Nowych Technologii, firmy, która utworzyła portal Wirtualna Polska...

Marek BorzestowskiMarek BorzestowskiMarek Borzestowski: Nie ma co kryć, że w czasie mojego pobytu w Niemczech czułem nostalgię za Polską - chyba nigdzie indziej za granicą nie miałem takiej potrzeby kontaktu z krajem, jak tam. I tenże kontakt z krajem utrzymywałem właśnie przez internet. Dziś brzmi to banalnie, ale w 1995 roku to nie było byle co! Tylko uczelnie były połączone w sieć, więc korespondowało się głównie z ludźmi ze środowiska akademickiego. Kontaktowaliśmy się z Wojtkiem Zwiefką, Michałem Kołodziejczykiem z Politechniki Gdańskiej - to oni byli późniejszymi filarami firmy CNT.

Kiedy powstała koncepcja Wirtualnej Akademii? Jeszcze w Niemczech?

Tak. Wirtualna Akademia była miejscem, gdzie studenci, magistranci oraz doktoranci tworzyli coś na kształt wirtualnego uniwersytetu. Ja pisałem teksty dla katedry zarządzania. Z czasem pojawiało się coraz więcej polskich witryn internetowych. Nie było jednak miejsca takiego jak Yahoo!, gdzie zebrane byłyby wszystkie strony - tak powstał pomysł na Wirtualną Polskę. Ludzie podsyłali linki, a całość była umieszczona na serwerze uniwersyteckim.

Po przyjedzie do kraju, wróciłem na Politechnikę Gdańską. Podobnie jak Leszek. Nie mieliśmy pieniędzy - jedynie po jakimś tysiącu dolarów. Naszym kapitałem było za to wykształcenie - jak na polskie warunki, bardzo dobre. Zacząłem się zastanawiać, gdzie mógłbym pracować.

Nie chciał Pan zostać za granicą?

Nie, chciałem móc rozmawiać po polsku. Wspólnie z Leszkiem stwierdziliśmy, że skoro znamy się na internecie, a internet to pociąg, który jedzie w dobrym kierunku, to powinniśmy zająć się nowym medium. Napisałem wtedy taki artykuł dla "Rzeczpospolitej" - "Wizja Polski 2005", w którym zapowiedziałem, że za dziesięć lat będą przeprowadzane transakcje online, rozkwitnie bankowość elektroniczna, a sam internet będzie potęgą. Mój brat, który pracował wówczas w firmie informatycznej, powiedział, że wizja jest ciekawa, ale niemożliwa do spełnienia, bo systemy bankowe nie otworzą się, chociażby ze względów bezpieczeństwa. Jak się jednak okazało, wiele z moich przepowiedni spełniło się.

Jednym słowem ma Pan w sobie coś z wizjonera...

Ja? Nie... Powiedziałbym, że wizje to raczej specjalność pana Macieja Grabskiego.



I co się stało dalej?


Chcieliśmy robić internet w Polsce. Ja zajmowałem się marketingiem, finansami, sprzedażą. Leszek - technologią. Pierwszym naszym sukcesem było zrobienie serwisu "Rzeczpospolita online", który istnieje do tej pory. Zrobiliśmy serwisy WWW Hestii, Oracle'a, firmy Prokom, PeKaO S.A. To były śmieszne historie. Nikt nie wiedział nic o internecie, więc kiedy przychodziliśmy do jakiegoś prezesa, pani sekretarka podnosiła telefon i mówiła na przykład: "Panie prezesie, ten pan z internatu już czeka."

To Pan pozyskiwał klientów?

To ja byłem od "gadania". Pozyskiwanie zleceniodawców to była jedna strona naszej działalności. Drugą był portal, czyli Wirtualna Polska, chociaż to się wtedy jeszcze portalem nie nazywało. Trzeba dodać, że udostępnialiśmy też internet przez modemy. Tym samym byliśmy jednym z pierwszych ISP w Polsce. Jeszcze pamiętam numer - 455 55 55 - pierwszy nasz numer dostępowy. Sam chodziłem na instalację! Naprawdę, było wtedy czasem zabawnie.



A później?


Bardzo dużo pracy oraz bardzo duży wzrost popularności Wirtualnej Polski, która nie mogła się już pomieścić na jednym serwerze. Potrzebowaliśmy kapitału na rozwój infrastruktury i ściganie się z założonym w 1996 Onet.pl. W 1997 roku dołączył do nas Maciej Grabski. Ponieważ Maciej Grabski był zainteresowany, sprzedaliśmy mu 49% udziałów. On spłacił naszych niemieckich udziałowców i zaczęliśmy działać. Faktycznie pan Grabski ma wielką wolę walki. Zaczęliśmy jeździć po kraju i szukać kolejnych inwestorów. No i wtedy Maciej Grabski pokłócił z Leszkiem, gdyż Grabski obiecywał złote góry - szybkie pozyskanie nowych inwestorów lub wejście na giełdę. Leszek szybko się rozczarował.

Czy to znaczy, że przeszkadzali sobie nawzajem?

Leszek był wtedy prezesem i chyba nie mogli się dogadać. Nie mam do tej sprawy takiego emocjonalnego stosunku, staram się patrzeć rozsądnie. W końcu Leszek postawił ultimatum: albo on albo Pan Grabski. Zadzwonił do firmy, z którą negocjowaliśmy i powiedział, że on jako prezes odchodzi, a firma się rozpadnie. Moim zdaniem postąpił troszeczkę nieładnie, bo jeszcze i mnie na lodzie zostawił.

Leszek Bogdanowicz mówi, że ma do Pana żal, za to, że...

Że go nie poparłem? Tak, wiem. Ale Leszek oczekiwał kategorycznych i ostatecznych rozwiązań, które moim zdaniem nie były możliwe do przeprowadzenia. Myślałem tak wtedy i myślę dziś.

Trudno było namówić Prokom do inwestycji w Centrum Nowych Technologii?

Na początku w ogóle nie chcieli rozmawiać, więc rozmawialiśmy z Softbankiem. I wtedy pojawił się Intel. Warunkiem inwestycji było jednoczesne pojawienie się innego partnera z Polski. Zadzwonił do mnie mecenas z Prokomu, pytając, co się dzieje i czy chcemy się sprzedać konkurencji. Później miałem spotkanie z prezesem Ryszardem Krauze. To wszystko trwało 3 dni. Uzgodniliśmy cenę, warunki. W poniedziałek napisaliśmy list intencyjny oraz umowy. Wszystko się świetnie zakończyło: Prokom zainwestował, a zaraz po nim wszedł Intel.

Jak Pan wspomina tamte czasy?

Po prostu tragedia.

Taak?

Tak. To była tragedia. Ja się wtedy zajmowałem marketingiem. Grabski był odpowiedzialny za sprzedaż, portal oraz business development. To było straszne, tak straszne, że musiałem interweniować u rady nadzorczej. Pan Grabski rozbudował pion programowy, zatrudniał dziennikarzy - myśmy wtedy mieli prawie 400 pracowników! Mieliśmy tam taką niewielką bizantyjską strukturę. Prezes rady nadzorczej miał z Grabskim poważną rozmowę i zasugerował mu odsunięcie się od zarządzania. Przejąłem piony (za wyjątkiem business development), którymi się zajmował i zaczęło się porządkowanie spółki. Musiałem zwalniać pracowników, czyli wykonać najbardziej niewdzięczną pracę, jaką prezes możne sobie wyobrazić. Przez całe lata żyliśmy na ściśniętym pasku, kiedy więc go poluzowano, to stała się katastrofa. Nigdy nie mówiłem, że w tym mojej winy nie było, bo była. Mogłem powiedzieć "nie", ale kiedy się z kimś człowiek nie zgadza, to zaczynają się konflikty, a ja lubię szukać kompromisów. Na szczęście w porę prezes Krauze zasugerował Grabskiemu, żeby się usunął z zarządzania spółką. Odtąd pan Grabski nie pała do mnie miłością.

Później była inwestycja TPSA. Maciek Grabski stawiając wygórowane żądania, zraził do siebie negocjatorów TPSA, więc oni doszli do wniosku, że chcą mieć zarząd wybrany przez siebie. W ten sposób powołano mnie, Zenona Bekera, Michała Paschalisa Jakubowicza.

Nie było innych inwestorów w 2000 roku, przed wejściem TPSA? Nie pojawił się nikt?

Grabski twierdzi, że byli, ja jednak niczego o tym nie wiedziałem.

Pan go chyba bardzo nie lubi?

Nie, nie lubię. Jeśli się z kimś długo przebywa, to można stracić do tego kogoś cierpliwość Mój dziadek mówił: "wnuczku, mądry głupiemu ustępuje i dlatego tak parszywie ten świat wygląda". Już dawno chciałem na to wszystko machnąć ręką. Wracając do roku 2001, to nie przypominam sobie żadnej oferty, żadnego inwestora, który miałby zainwestować w WP. Z TPSA negocjacje trwały rok. Spotkaliśmy się na podpisaniu umowy, gdzie było około 50 osób - doradcy jednej strony, doradcy drugiej strony, prawnicy, prezes Ryszard Krazue, prezes Józefiak, cała świta... Sama umowa miała kilkaset stron w paru egzemplarzach. O 13.00 była konferencja prasowa. Cały rynek wiedział, że Wirtualna Polska będzie miała inwestora - Telekomunikację Polską, a podpisanie to tylko formalność. Wtedy nagle wpadł pan Maciej Grabski i powiedział, że właśnie dostał telefon z jakiejś firmy, która chce zapłacić więcej niż TPSA. Chciał, żebyśmy nie podpisali umowy. Wtedy po raz pierwszy zrozumiałem jak może się czuć mężczyzna w stanie przedzawałowym :)



A co się działo w spółce po wejściu TPSA
?

Od 2001 roku rozpoczął się chyba najlepszy okres w spółce z tego względu, że uporządkowaliśmy procedury wewnątrz firmy i cały proces zarządzania był pod pełną kontrolą, także byliśmy w stanie planować naszą działalność w dłuższej perspektywie. Koszty zostały obcięte o kilkadziesiąt procent, a przychody od 2001 roku wzrosły o 300%. No i wkrótce wyszlibyśmy na prostą... Oczywiście oczekiwania co do szybkości wzrostu rynku były wyższe, a plany co do rozwoju spółki uwzględniały umowę akcjonariuszy, którą zarząd musiał realizować. Doprowadziło to w rezultacie do sporu między akcjonariuszami co do modelu funkcjonowania portalu. Co skończyło się tym, że TP Internet w 2003 roku złożyła propozycje wcześniejszego wykupu akcji akcjonariuszy mniejszościowych i przejęcia pełnej odpowiedzialności za spółkę.

Ale to wina TPSA, że skonstruowała umowę tak a nie inaczej...

Biznes to jest gra, umowy są negocjowalne. TPI miała prawo złożyć swoim partnerom ofertę wykupu po niższej cenie, a oni mogli ją przyjąć lub nie.

Nie wyobrażam sobie takiej sytuacji, że podpisuję z moim pracodawcą umowę na 3 lata na określoną kwotę, a on mówi mi po roku, że sytuacja na rynku się zmieniła, więc dostanę połowę. Czułabym się oszukana.

Podpisując umowę z TPSA, wydawało mi się, że ona ratuje spółkę, a pieniądze nie są w życiu najważniejsze. Zresztą każdy by je dostał, i Kawalec, i Grabski. Moglibyśmy do końca życia robić to, na co każdy ma ochotę.



Mówi Pan o sprzedaży akcji w 2002?


W zeszłym roku, kiedy TPI zaproponowała nam kupno akcji.

Wtedy sprzedał Pan swoje akcje?

Sprzedałem w czerwcu. Panowie nie chcieli sprzedać, chcieli negocjować. Zaproponowano 15 dolarów za akcje, Grabski chciał 64. Ja podjąłem negocjacje i szybko się dogadałem, bo stwierdziłem, że takie rozwiązanie będzie lepsze dla spółki. Poza tym bałem się, że obstrukcja doprowadzi do konfliktu akcjonariuszy, który może zakończyć się tragicznie zarówno dla mnie jak i dla spółki, gdyż konflikty zazwyczaj wymykają się spod kontroli zwaśnionych stron, a wtedy rozpoczyna się balansowanie na krawędzi katastrofy. Uznałem, że to zbyt wysokie ryzyko dla mnie. Nie miałem pieniędzy, a trzeba było podnieść kapitał spółki, więc zdecydowałem, że sprzedam.

W spółce kluczowy jest akcjonariat. Nie można zatwierdzić planów sprzedaży, strategii, sprawozdań finansowych etc. kiedy akcjonariat jest skłócony. TPI chciała jednak działać dalej. Po podwyższeniu kapitału do spółki wpłynęło w sierpniu ub. r. ponad 40 mln zł. Wtedy Jacek Kawalec zawetował tę uchwałę i wniósł sprawę do sądu. Zablokowana została cała procedura podwyższenia kapitału. TPI stwierdziła, że skoro mniejszościowi akcjonariusze nie chcą tych pieniędzy, to je wycofa. W ten sposób pieniądze wypłynęły z powrotem do akcjonariuszy. Mieliśmy mieć pozytywny cash flow. To by się wszystko udało... Ale w momencie, jak zablokowane zostało podwyższenie kapitału, rozpoczęła się wojna mniejszościowych akcjonariuszy z TPI, w prasie opisywana jako woja chciwości z monopolistą.

Później TPI kupiła akcje od Prokomu, a mniejszościowi stwierdzili, że mieli prawo ich pierwokupu. To też zablokowało kolejne podwyższenia kapitału. Tak się skutecznie panowie poblokowali, że Wirtualna Polska "popłynęła". Spółka upadła, dlatego, że Polacy nie są w stanie dojść do żadnego kompromisu.

Podobno złamał Pan dżentelmeńską umowę z mniejszościowymi akcjonariuszami, nie informując ich wcześniej - jak Pan obiecał - o sprzedaży swoich udziałów.

Dwa razy dostaliśmy od TP SA ofertę, wszyscy - razem i niezależnie. Ja powiedziałem, że sprzedaję swoje akcje, a pozostali mniejszościowi mogą sprzedać, jeżeli chcą. A więc żadnej takiej umowy nie złamałem.



A co dalej z Wirtualną Polską? Ma Pan jakiś plan
?

Ja się w spółce nie pojawiam, załatwiam tylko swoje bieżące sprawy. Spółką kieruje teraz zarządca, który, jak widzę, jest pod dużym wpływem panów Kawalca i Grabskiego.

Jaki oni mogą mieć wpływ na losy spółki, przecież zarządza nią zarządca?

Robią spotkania, chodzą do agencji reklamowych, starają się. Nie mają teraz wyjścia, bo jak spółka padnie, to ich sny o potędze rozwieją się w niebycie. Moim zdaniem, oni doprowadzili tą spółkę do takiej sytuacji. Oni oczywiście będą twierdzić coś innego - będą wierzyć w masoński spisek przeciwko nim. Wszystko się pozmieniało. Do tego ta afera z komputerem...



Niech Pan opowie o tym wydarzeniu....


Miałem na tym komputerze piny do kart, adresy, zdjęcia moich bliskich, rozpoczęty doktorat, a nawet opowiadania i wiersze... Mnóstwo dokumentów, najróżniejszych umów...

Dlaczego zostawił Pan komputer w firmie?

Miałem wrócić do firmy i go zabrać, ale ostatecznie tego nie zrobiłem. Pomyślałem, że skoro jest w firmie, to pewnie będzie bezpieczny.



No i co się wtedy działo?


Wtedy mniejszościowi wydrukowali jakąś Karambę - dokument, którego nie jestem autorem, a na spotkaniu, o którym w nim mowa, nie mogłem nawet być, bo przebywałem w Krakowie.

Na tym dokumencie, który ma wskazywać, że działał Pan na szkodę spółki, były Pana inicjały, wskazujące, że brał Pan w tym udział...

Nie brałem udziału w tym projekcie.

Z inicjałów by wynikało, że to kadra zarządzająca...

Ja wiem, widziałem ten dokument.

Widział Pan?

Tak, widziałem.



Po raz pierwszy?


Nie po raz pierwszy.

Czyli to nie są Pana inicjały?

Zapewne chodzi o mnie. Ja jednak w żadnym takim projekcie nie brałem udziału. Ktoś napisał jakiś projekt, że trzeba ratować Wirtualną Polskę, ale nie za wszelką cenę i przedstawił scenariusze takiego działania. To nie jest przestępstwo, że ktoś o czymś myśli. Akurat nie ja nad nim pracowałem.

Ale są to cztery scenariusze upadłości spółki, więc trudno mówić o ratowaniu WP...

Nie, nie cztery scenariusze upadłości. Jest wykup od udziałowców. Jest podwyższenie kapitału. Jest upadłość spółki - to też scenariusz, a właściwie ewentualność, która może się zdarzyć, kiedy nie dojdzie do podwyższenia kapitału. Zresztą późniejsze fakty mówią same za siebie - pokazują, że TPI chciała ratować spółkę, a nawet oddać ją akcjonariuszom mniejszościowym za darmo. Jednak nie chcę tego dokumentu interpretować, nie jestem jego autorem.

A kto jest?

Ten dokument jest na papierze firmowym TPSA... Ja dostaję mnóstwo dokumentów. Może inicjały MB ktoś dopisał na tym dokumencie. Nie mam dostępu do mojego komputera.

Czy chce Pan powiedzieć, że ktoś działa na Pana ....

Nie wiem, nie chcę tego powiedzieć publicznie...

Dopuszcza Pan do myśli taki scenariusz, że Polska będzie bez Wirtualnej Polski?

Myślę, że w Polsce to nie będzie żadna nowość. Nie było nas przez sto lat nie na mapie Europy, a tutaj taka jedna mała Wirtualna Polska...

Nie chce mieć Pan wpływu na losy spółki?

Zgłosił się do mnie Tomasz Czechowicz, założyliśmy spółkę, do której mieliby wejść wszyscy menadżerowie - około 30 osób. Jednak wszyscy zostali zastraszeni, pozwalniani. Skutecznie ten pomysł rozbito.



Zastraszeni? Jak?


Najpierw jak zwolniono dyrektora programowego, później...

Ale przecież złożył Pan z p. Czechowiczem wniosek wcześniej niż te osoby dostały zwolnienia...

Nie. Najpierw było spotkanie w sprawie przedsięwzięcia Portal Wykup Menedżerski. Po tym spotkaniu zwolnienie dostał dyrektor programowy. Następnie założona została spółka i przedstawiona została propozycja PWM. Później doszło do zwolnień osób, które były największymi zwolennikami tego pomysłu. Zresztą zwolnieni dyscyplinarnie pozwali spółkę przed sąd pracy - zobaczymy, co z tego wyniknie i jakie fakty wyjdą na jaw...

Mówi Pan, że nie interesuje się spółką, a z drugiej strony złożył Pan z p. Czechowiczem ofertę przejęcia WP...

To decyzja wynikająca głównie z biznesowych, a trochę i z etycznych pobudek. Sytuacja w WP wywołuje wiele niezdrowych emocji. A ja mam dosyć emocji w moim życiu prywatnym, żeby się angażować w tak frustrującą działalność, jak prowadzenie skonfliktowanej spółki. To mnie nie interesuje. Jeśli ostatecznie sprawa potoczy się tak, że zostanie ogłoszony przetarg na spółkę - tak jak mówił początkowo zarządca - to ja chciałbym utworzyć nowy akcjonariat z MCI. Tomek Czechowicz jest inteligentnym i pracowitym człowiekiem, z którym można budować nową firmę.

Podobno kiedy Leszek Bogdanowicz stworzył Arenę i rozpoczął kampanię reklamową portalu, to specjalnie ustawił tak jej reklamy w Trójmieście, żeby Pan je widział, przejeżdżając do pracy. To prawda?

Może i tak... Dla mnie to śmieszne rzeczy i przypominają powiedzenie "na złość mamie złamię sobie nogę". Moim zdaniem za dużo emocji było w Wirtualnej Polsce, a za mało chodzenia na kompromis. To, co się stało z Wirtualną Polską, nadaje do podręczników do rozdziału: "biznes: jak tego nie robić."

Czy miał Pan takie myśli, że chciałby się Pan wycofać z prowadzenia spółki?

Tak, niejednokrotnie, ponieważ nie można żyć w stanie permanentnego konfliktu.

A dlaczego Pan tego nie zrobił?

Chciałbym ratować spółkę. Dziewięć lat się coś buduje, coś, co jest skazane na sukces, a tutaj nagle przedsięwzięcie bankrutuje, ponieważ ktoś chce więcej pieniędzy, niż może dostać. Rozumiem, że jest umowa, ale ta umowa ma różne zapisy. Z TPSA można poukładać sobie relacje. Nie chcę się spierać. Chcę robić nowe rzeczy, a nie taplać się w sporach. Jestem za młody, by spędzać czas na siedzeniu na sali sądowej.

Co sądzi Pan o roszczeniach Leszka Bogdanowicza?

Nie wiem, musi Pani Leszka zapytać.

Pytałam i powiedział, że należy mu się 158 mln tytułem odszkodowania...

Wszyscy dostają jakiegoś kociego rozumu w tej sprawie. Kiedy zakładałem spółkę CNT z Leszkiem, to od początku zajmowała się Wirtualną Polską. Było tam napisane "copyright CNT". Jeżeli Leszek nie pamięta, co w 1995 roku było na stronach CNT, komu zapisane było "copyright" i nie pamięta tego, że jako CNT obaj składaliśmy wniosek o rejestrację znaku towarowego Wirtualna Polska do biura patentowego, to ja mu tego przypominać nie mogę. Potrafię jednak zrozumieć, że on jest rozgoryczony.

Leszek Bogdanowicz sprzedał przecież swoje udziały...

Sprzedał, ale chyba nie za tyle, za ile mógłby, więc pewnie stąd ta sprawa....

158 mln zł to chyba dość wygórowana cena...

Nie mogę tego komentować. Dla mnie to jest absurd, szaleństwo.

Kiedy może nastąpić rozstrzygniecie dalszych losów WP?

Najlepiej zapytać o to sąd.

Podobno przed ogłoszeniem upadłości wpłacił Pan sobie niebotyczną kwotę na swoje konto?

Odprawę? Spółka jest mi winna jeszcze strasznie dużo pieniędzy. Miałem kontrakt menedżerski jeszcze do czerwca 2005 roku, a ponieważ spółka była w trudnej sytuacji, więc nie wypłaciłem sobie całości tych pieniędzy, a jedynie ich część.

Czy to prawda, że dostał Pan propozycję pracy w TPSA?

Tak, zarówno w TPSA jak i jeszcze w paru innych dużych giełdowych spółkach, ale tych propozycji nie przyjąłem.

Wszystkie Pan odrzucił?

Tak, wszystkie. Jeżeli chodzi o propozycję TPSA, to pomyślałem, że nie byłoby dobrym pomysłem, gdybym poszedł tam pracować. I nie pracuję.

Czy wyobraża Pan sobie taką sytuację, że rozstaje się Pan z internetem i zwiąże z inną branżą?

Mogę sobie wyobrazić.



Chciałby Pan tak zrobić?


Nie, na razie nie. Zresztą nie wiem. Myślałem, żeby hodować kozy i robić sery kozie, aby się w ten sposób oczyścić. Na razie jednak zajmuję się lekturą.

Co Pan czyta?

Teraz mnóstwo rzeczy przeczytałem: Jeremy'ego Rifkina "Koniec pracy" - to jest bardzo dobra książka, parę pozycji Bertranda Russella mojego ulubieńca. Właśnie kończę "Don Kichota" Cervantesa. Dużo teraz czytam, mam więcej czasu, dużą biblioteczkę.

Jak się Pan teraz czuje, patrząc na to, co się stało?

Bardzo dobrze, i bardzo źle zarazem. Bardzo dobrze, bo nie jestem w tym piekiełku. Mógłbym nawet odczuwać satysfakcję, bo mogę powiedzieć: a nie mówiłem, że będą problemy. Z drugiej strony czuję się bardzo źle, widząc, że przedsięwzięcie budowane przez prawie dziesięć lat jest w stanie upadłości.

Bardzo dziękuję za rozmowę.

Dołącz do dyskusji
Bądź pierwszy i zostaw komentarz.