PrezydentObama.com

Zakończona prezydencka kampania w Stanach Zjednoczonych była rekordowa pod wieloma względami.

Nie tylko sumy wydane na przedwyborcze wiece i najdroższy czas antenowy robiły wrażenie. Nie tylko iście po amerykańsku napompowany balon haseł głoszących długo wyczekiwaną zmianę i przeobrażenia na lepsze. Obserwatorzy i wyborcy są zgodni, że tego roku powstała całkowicie nowa jakość prowadzenia walki o najważniejszy na świecie fotel prezydencki. Kampania wyborcza, która nie tylko - jak dawniej - uzupełniana jest przekazem internetowym, ale taka, która w interncie ma swe fundamenty.

Setki oficjalnych i tysiące nieoficjalnych stron internetowych, blogosfera, społeczności, reklamy w grach oline, wirusowe przekazy i stanowiące esencję tegorocznej walki wyborczej klipy wideo - sprawiły, że kandydaci myślący o starcie w przyszłych wyborach na pewno internetu nie zlekceważą i jeszcze efektywniej będą chcieli wykorzystać jego potencjał.

Wg badań Pew Institute dotyczących obecności i roli internetu w tegorocznej amerykańskiej kampanii wyborczej - 46% Amerykanów wykorzystało sieć jako źródło informacji o polityce i miejsce dzielenia się opiniami o wyborach. Co trzeci obywatel USA obejrzał klipy wideo o tematyce politycznej (3 razy więcej niż podczas poprzedniej kampanii), a co dziesiąty Amerykanin wykorzystywał swoje konto społecznościowe (posiada je 66% Amerykanów) w celach związanych z tegoroczną kampanią wyborczą.

Sean P. Aule (Mashable.com) wyłowił z sieci ponad 65 oficjalnych źródeł internetowych poświęconych kampanii. Są to m. in. witryny sztabów wyborczych, blogi kandydatów i ich profile na najpopularniejszych serwisach społecznościowych, bardziej lub mniej obiektywne strony konfrontujące ze sobą sylwetki polityków, witryny poświęcone kandydatom na wiceprezydentów, strony z wynikami sondaży przedwyborczych i prognozami, mapy wyborcze itp.

We are for change

W 2004 r. kampania Howarda Deana (kandydata w prawyborach demokratów) była zaledwie nieśmiałym sygnałem działań, których apogeum byliśmy świadkami cztery lata później. Sztab wyborczy demokratów stawiając w tej kampanii na internet - postawił na wszystko. I wszystko wygrał i to znacznie wcześniej niż 4 listopada 2008 r. Choć akurat w kwestiach internetu i technologii Barack Obama miał sporo szczęścia (wg złośliwych przypadek Obamy to jeden wielki łut szczęścia) - jego kontrkandydat oficjalnie przyznał się, że nie korzysta z e-maila...

W tym roku nie wystarczyło już przenieść kampanię medialną do sieci. Trzeba było stworzyć w internecie całkiem nowy ruch społeczny: charyzmatyczny zaangażowany, wirusowo przekonujący niezdecydowanych wyborców i oddziałujący na nich za pomocą wielu kanałów. Słowem wygrywający te wybory. I na dodatek obficie finansujący kampanię wyborczą - w sumie całkiem grubymi milionami.

Dołącz do dyskusji
Bądź pierwszy i zostaw komentarz.