Pozwy przeciwko Google za przechwytywanie danych z Wi-Fi

Od momentu, w którym koncern Google oficjalnie przyznał, że przypadkowo przechwytywał poufne dane z prywatnych, niezabezpieczonych sieci Wi-Fi, minął już blisko miesiąc. W tym czasie do amerykańskich sądów trafiło już co najmniej sześć pozwów przeciwko firmie (w każdym przypadku powodowie domagają się uznania pozwów za roszczenia zbiorowe).

Pierwszy z nich został złożony 17. maja przez Vicki Van Valin oraz Neila Mertza - później dosłownie co kilka dni do sądów trafiały kolejne (m.in. po dwa w Kalifornii oraz Waszyngtonie). W większości przypadków ich autorami były osoby prywatne - ale jeden złożony został przez firmę Galaxy Internet Services (dostawcę usług internetowych z Florydy).

W pozwach koncernowi Google zarzuca się, że złamał obowiązujące w USA przepisy dotyczące podsłuchów i przechwytywania komunikacji elektronicznej (poprzez przechwytywanie danych wysyłanych przez prywatne sieci bezprzewodowe). Przypomnijmy: przedstawiciele Google przyznali, że samochody pracujące na potrzeby usługi Street View (tzn. fotografujące ulice miast) przypadkowo rejestrowały nie tylko podstawowe dane statystyczne nt. wykrywanych po drodze sieci Wi-Fi, ale także informacje przesyłane za pośrednictwem owych sieci (o ile nie były zabezpieczone przed nieautoryzowanym dostępem).

Autorzy pozwów sądzą, że Google dopuścił się wobec nich nieautoryzowanego przechwycenia poufnych informacji - Jeffrey Colman z Waszyngtonu twierdzi na przykład, że wykorzystywał swoją otwartą sieć Wi-Fi m.in. do bankowości online, zakupów w sklepach internetowych oraz korespondencji. Colman zaznaczył w pozwie, że jest przekonany, iż koncern naruszył jego prywatność - napisał, że kilkakrotnie widział w pobliżu swojego domu charakterystyczne auto projektu Street View.

Warto przypomnieć, że samochody Google faktycznie miały za zadanie gromadzić pewne informacje o mijanych sieciach Wi-Fi - m.in. adresy Mac, nazwy sieci itp. (dane te miały poprawić skuteczność działania geolokalizacyjnych usług firmy). Problem polega na tym, że wskutek błędu programistycznego (to oficjalne wyjaśnienie koncernu) samochody zbierały dużo więcej informacji - w tym próbki danych przesyłanych przez owe sieci. Google przez wiele miesięcy zaprzeczał, by coś takiego było możliwe - ale trzy tygodnie temu oficjalnie przyznał się do przechwytywania prywatnych informacji.

Dochodzenia w tej sprawie wszczęły już rządy kilku państw - m.in. Kanady, Francji oraz Niemiec (sprawą zainteresowała się również amerykańska Federalna Komisja Handlu).

Google przyznaje się do błędu

Google obiecał już, że przekaże europejskim rządom wszystkie zgromadzone nielegalnie dane (do celów analitycznych - chodzi m.in. o sprawdzenie, czy faktycznie doszło do naruszenia czyjejś prywatności). Koncern zobowiązał się również do przeprowadzenia szczegółowego postępowania wyjaśniającego sprawę.

Do błędu przyznał się wprost nawet sam szef Google, Eric Schmidt, który oświadczył: "Schrzaniliśmy tę sprawę, co do tego nie ma wątpliwości". Warto dodać, że jeszcze niedawno Schmidt lekceważył wpadkę Google'a - na pytania o naruszenia prywatności odpowiadał: "Jakie naruszenia? Kto został poszkodowany? Proszę mi wskazać tę osobę…".

"Nie dziwi mnie szczególnie rosnąca liczba tych pozwów - bo przecież mówimy tu o naprawdę poważnym naruszeniu prywatności. Ludzie być może są naiwni i niewiele znają się na technologii - ale gdy surfują po Sieci w domowym zaciszu, to mają nadzieję, że nikt nie podgląda tego, co robią w Internecie" - komentuje John Simpson, z organizacji konsumenckiej Consumer Watchdog.

Przedstawiciele Google na razie nie komentują tych doniesień.

Dołącz do dyskusji
Bądź pierwszy i zostaw komentarz.