Google zaprzestał cenzury w Chinach

Ponieważ rząd chiński odmówił negocjacji sztywno uzasadniając to nie podlegającymi dyskusji lokalnymi przepisami prawa, Google zastosował sprytny wybieg - udostępnił swoją wyszukiwarkę na serwerach w Hong Kongu, a prawnicy firmy twierdzą, że jest to legalne i zgodne z chińskim prawem.

Wydarzenia
20 stycznia 2017

Kampania Adwords stała się nieodzownym elementem strategii marketingowej większości firm. W Google po prostu trzeba być. Jak zrobić to...

Zarejestruj się
Google zdecydował się zaprzestanie filtrowania wyników zapytań kierowanych do jego wyszukiwarki przez chińskich użytkowników. Dotyczy to usług Google Search, Google News i Google Images udostępnianych na stronie Google.cn. Oznajmił to David Drummond, wice-prezes Google (Corporate Development and Chief Legal Officer) w swoim blogu opublikowanym na oficjalnej stronie firmy.

"Użytkownicy odwiedzający witrynę Google.cn są obecnie przekierowywani na stronę Google.com.hk, która oferuje nie ocenzurowane wyniki wyszukiwania w uproszczonej wersji języka chińskiego specjalnie udostępnionej na serwerach funkcjonujących w Hong Kongu i przeznaczonej dla osób z Chin kontynentalnych" - pisze David Drummond. Chiński rząd nie zgodził się oczywiście by Google.cn oferował informacje pozbawione cenzury argumentując to nie podlegającymi dyskusji przepisami prawa. Ale przekierowanie połączeń na serwery w Hong Kongu jest zgodne z prawem i "całkowicie legalne" uważa David Drummond. "Mamy więc nadzieję, że rząd chiński uzna naszą decyzję za zgodną z prawem, choć zdajemy sobie sprawę, że może w każdej chwili całkowicie zablokować dostęp do naszych usług w Chinach" - dodaje. Dlatego też Google starannie monitoruje dostęp do swoich serwerów i publikuje wyniki analizy na nowo utworzonej stronie.



Jednocześnie David Drummond podkreśla, że za podjęte decyzje w pełni odpowiada amerykańskie kierownictwo firmy, a nie jakikolwiek pracownik Google zatrudniony w Chinach.

Choć już 12 stycznia tego roku Google zapowiedział, że może zaprzestać filtrowania informacji przez swoje chińskie serwery, ale wydawało się to raczej próbą wywarcia nacisku na chiński rząd niż realną groźbą. Zwłaszcza, że po pierwszym ostrym wystąpieniu, przedstawiciele firmy zaczęli wygłaszać bardziej łagodne i pojednawcze opinie.

Oświadczenie z 12 stycznia było odpowiedzią na zmasowany atak przeprowadzony na serwery Google. Jego źródła znajdowały się w Chinach, a efektem była kradzież "własności intelektualnych" oraz włamania do kont pocztowych Gmail należących do chińskich aktywistów broniących praw człowieka w tym kraju. Google ogłosił wówczas, że chce rozpocząć rozmowy z chińskim rządem w sprawie zaniechania filtrowania informacji przez serwery Google.cn. Prawdopodobieństwo ich powodzenia zostało od razu przez praktycznie wszystkich ekspertów ocenione jako znikome. Bo przedstawiciele rządu chińskiego cały czas podkreślali, że Google musi działać zgodnie z lokalnymi przepisami prawa jeśli chce kontynuować aktywność biznesową w tym kraju. Jednocześnie odrzucili oni wszelkie sugestie, że w ataki na Google mogły być zaangażowane jakiekolwiek chińskie organizacje rządowe.

Ale w wypadku braku porozumienia, Google zapowiedział, że firma będzie rozważać możliwość zamknięcia wszystkich swoich biur i ośrodków rozwoju technologii znajdujących się w Chinach. Biorąc pod uwagę, że Chiny to obecnie ogromny i szybko rosnący rynek internetowy i telekomunikacyjny, tego typu działania Google można ocenić jako wyjątkowo drastyczne i ryzykowne z biznesowego punktu widzenia. Według oficjalnych danych, w 2009 roku w Chinach było 384 mln użytkowników Internetu, a więc więcej niż jakimkolwiek innym kraju na świecie.

A przewidywana na ten rok przez Analysys International wartość chińskiego rynku związanego z wyszukiwarkami to 1,46 mld USD. Potencjalne straty amerykańskiego koncernu są jednak w tym wypadku znacznie mniejsze, bo według szacunków iResearch, w 2009 roku Google miał tylko 19% udział w obsłudze zapytań kierowanych przez chińczyków istotnie ustępując pod tym względem lokalnej firmie Baidu (76%). Co więcej, w porównaniu do 2008 roku Google stracił 1,8% udziałów, a wyszukiwarka Baidu zyskała 2,8%. Jeśli więc Google nie widzi szans na efektywną konkurencję z Baidu, obecna konfrontacja z chińskimi władzami może oznaczać jakiś inny plan biznesowy.

Z drugiej strony Google ma więcej do stracenia niż tylko oferta wyszukiwania. Oprócz niej, firma oferuje w Chinach takie usługi jak Gmail i Picasa. Choć są one bezpłatne, ale Google zarabia na towarzyszących im reklamach. Serwisy takie jak YouTube, Facebook, Twitter, Google Docs i Blogger nie są w tym kraju dostępne.

Oprócz tego jest jeszcze mobilny system operacyjny Android. Licencje na Android są sprzedawane operatorom oraz producentom smartfonów i komputerów PC, kupują je na przykład znane chińskie firmy China Unicom i Lenovo, które już zapowiedziały wprowadzenie telefonów i laptopów wykorzystujących ten system. Choć sam system operacyjny nie stwarza politycznego problemu, ale niepewność dotyczy towarzyszących mu aplikacji i usług (w tym wyszukiwarki internetowej).

Dołącz do dyskusji
Bądź pierwszy i zostaw komentarz.