Milioner i mesjasz rewolucji francuskiej

Prezes Vivendi, Jean-Marie Messier, czuje się powołany do spełnienia misji. Napisał więc książkę, w której wyjaśnia, w jaki sposób zamierza przenieść nowy kapitalizm do Francji.

Prezes Vivendi, Jean-Marie Messier, czuje się powołany do spełnienia misji. Napisał więc książkę, w której wyjaśnia, w jaki sposób zamierza przenieść nowy kapitalizm do Francji.

Jaka jest szansa na tryumf nowej gospodarki, w kraju, w którym posada urzędnika publicznego oznacza największy prestiż, a tydzień pracy nie może przekraczać 35 godzin?

Jean-Marie Messier, 43-letni prezes koncernu Vivendi, uważa, że Internet nie tylko może wyrwać Francję z ekonomicznej stagnacji, ale również zainspirować Francuzów do osiągania wielkich gospodarczych sukcesów.

Dotychczas teoria "pieniądze nie są złe" sprawdzała się w jego przypadku. Prowadząc jedną z największych francuskich firm, zarabia ok. 2,7 mln USD rocznie.

"Ludzie będą nazywali mnie optymistą. Rzeczywiście nim jestem" - pisze w swojej nowej książce "J6M.com". Tytuł jest aluzją do jego ironicznego pseudonimu - Jean-Marie Messier Moi-Meme Maître du Monde (Ja, panem świata).

Jean-Marie Messier sięgnął po pióro w obronie swoich praw do sukcesu. Chciał też w ten sposób ponaglić Francję i rząd, by obudziły się z letargu i dostrzegły surowość przepisów, wysokie podatki, strach przed porażką i ogólny brak zaufania ludzi bogatych do prącej szybko naprzód "nouvelle économie".

Jean-Marie Messier chciałby, aby jego przesłanie stało się inspiracją dla generacji młodych menedżerów niezależnie od tego, czy zarządzają start-upem czy wielką korporacją.

Wiekiem i wyglądem Jean-Marie Messier przypomina Billa Gatesa czy Steve'a Case'a, którego nazywa "małym internetowym geniuszem", ale na tym podobieństwa się kończą. Jean-Marie Messier pozwala sobie np. raz w miesiącu, w środę, wziąć wolne, aby spędzić czas z piątką dzieci.

W głębi duszy Jean-Marie Messier nie czuje się przedsiębiorcą. Syn księgowego i absolwent prestiżowej Ecole Nationalle d'Administration, po studiach odbył obowiązkowy staż rządowy. Droga jego kariery biegła tradycyjnym szlakiem. Przed trzydziestką doradzał konserwatyście Edouardowi Balladurowi - przygotowującemu uwieńczoną sukcesem kampanię wyborczą - w kwestiach prywatyzacji. Przeniósł się następnie do sektora prywatnego, aby zostać najmłodszym w historii partnerem w banku inwestycyjnym Lazard Freres.

Następnie dołączył do pogrążonego w kłopotach Générale des Eaux, którego w 1994 r. przemianował na Vivendi. Po wyciągnięciu firmy z poważnych tarapatów na rynku nieruchomości i sprzedaniu dziesiątek nie przynoszących zysków oddziałów, w ciągu dwóch lat został jej szefem.