Grzegorz Wójcik: Interia jak krakowski rynek

Interia, początkowo Internet FM wspierana przez dwóch głównych udziałowców: stację radiową RMF FM oraz firmę informatyczną ComArch w lutym skończyła 5 lat. "Ja nie trafiłem do Interii, ten portal najpierw musiał ktoś wymyślić, a były to dwie osoby z RMF-u, czyli ja i Krzysiek Nepelski" - wskazuje w wywiadzie dla Internet Standard Grzegorz Wójcik, obecny wiceprezes spółki, wcześniej funkcjonujący pod obrazowym pseudonimem GrzegorzWWWwójcik. Nasz rozmówca opowiada o swoim wkładzie w powstanie i rozwój portalu, zaznacza też, co w Interii zmieni się w najbliższym czasie.

Anna Meller: Jak znalazł się Pan w Interii? Do portalu trafił Pan z RMF-u, prawda?

Grzegorz WójcikGrzegorz Wójcik Grzegorz Wójcik: To nie było tak. Ja nie trafiłem do Interii. Ten portal najpierw musiał ktoś wymyślić, a były to dwie osoby z RMF-u, czyli ja i Krzysiek Nepelski (obecny prezes ART FM oraz dyrektor marketingu i badań RMF FM - przyp. red.) W ramach RMF-u poszukiwaliśmy pomysłu na to, w jaki sposób stacja radiowa mogłaby postawić nogę w internecie. Ostatecznie stwierdziliśmy, że zamiast robić to samemu, lepiej będzie, gdy znajdziemy partnera. Partnerów szukaliśmy wśród wielu firm, a w tym przez przypadek spotkaliśmy się kiedyś z ComArchem przy okazji robienia wspólnego projektu dla Unii Europejskiej. Tak nawiązaliśmy kontakt z Pawłem Przewięźlikowskim (obecny wiceprezes ComArchu - przyp. red.) i jego ludźmi. W tracie rozmów okazało się, że nasze wizje są zbieżne. I tak narodził się pomysł wspólnego przedsięwzięcia, które nazywało się początkowo Internet FM. Wiedzieliśmy jednak, że ta nazwa jest za długa i niepraktyczna, więc wymyśliliśmy nową - Interia.pl. I przygoda się rozpoczęła.

Krzysztof Nepelski mówił, że funkcjonował Pan pod pseudonimem Grzegorz WWW Wójcik...

Tak, to prawda.

Skąd to się wzięło?

To długa historia. Dawno temu, bo w okolicach roku 1993/94, prowadziłem swoją stronę internetową, która była poświęcona polskim stacjom radiowym. To był taki klasyczny katalog stron internetowych poświęcony różnym rozgłośniom radiowym na całym świecie. Właśnie przez tą stronę odnalazł mnie marketing radia RMF, czyli Krzysztof Nepelski - przyznam zresztą, że byłem zawsze fanem tego radia. Potem trafiłem do programu radiowego JW23. Nie wiem, czy Pani pamięta?

Tak, pamiętam

Zatem ten pseudonim został nadany mi przez kolegów: Marcinów Wronę i Jędrycha, Montera i Amfiego. Trochę również za sugestią słuchaczy stałem się Grzesiem WWWwójcikiem.pl.

Krzysztof Nepelski mówił, że ściągnął Pana do Krakowa z Warszawy...

To skomplikowana historia. Praktycznie jednocześnie współpracą RMF-u z moją osobą zainteresowali się Krzysztof Nepelski, dyrektor marketingu stacji i Jerzy Charuza, ówczesny dyrektor ds. administracyjnych. Ale moja przygoda z radiem zaczęła się znacznie wcześniej. Zacznę od tego, że chodziłem do szkoły średniej z maturą międzynarodową w Warszawie, gdzie jednym z obowiązkowych zajęć było uczestniczenie w programie creativity action service - co między innymi wymagało wykonania zadań w ramach pracy społecznej. Zatem trochę jako creativity, trochę jako service pracowałem jako pomocnik reporterów RMF-u. To był 1993/94 rok. Wtedy radio RMF było tylko i włącznie dostępne w Krakowie oraz z satelity, a w Warszawie znajdował się jeden pokój w hotelu Mariott, gdzie był Paweł Pawlik, Brian Scott i Tomek Skory, potem dołączył Konrad Piasecki. Ja im pomagałem i uczyłem się od nich. Jeździłem z nimi na różne konferencje prasowe, wywiady i tak się zaczęła moja przygoda. Potem poleciałem do Stanów, wróciłem do Polski i kilka miesięcy później znowu trafiłem do RMF-u.

Wyjechał Pan do Stanów, jak był Pan na studiach?

Nie, to jeszcze była szkoła średnia. Rozważałem studiowanie w Stanach, ale z różnych przyczyn, w tym finansowych, wróciłem do Polski, aby ostatecznie ukończyć szkołę średnią i dostałem się na studia w Krakowie. W Stanach zaraziłem się magią internetu i możliwościami elektronicznych baz danych.

I potem po powrocie ze Stanów wrócił Pan do RMF-u?

Z punktu widzenia niektórych osób w radiu można powiedzieć więc, że na Kopiec trafiłem z Warszawy, a faktycznie z Krakowa, gdzie mieszkałem, studiując. Łącząc informatyczne doświadczenia z pasją do radia i prowadząc wspomnianą już stronę internetową o rozgłośniach - pasowałem do rozwoju nogi internetowej w radiu. I tak kontakt do mnie znalazł Krzysiek (Nepelski - przyp. red.). Po krótkim okresie pracy na umowę zlecenia formalnie zostałem zatrudniony w strukturach marketingu RMF-u, właśnie pod jego dyrekcją.

Czyli tak: był Pan, Krzysztof Nepelski, Paweł Przewięźlikowski i to była trójka zapaleńców, która stworzyła Interię?

Tak jest.

Jak przebiegały pierwsze chwile, pierwsze prace koncepcyjne, organizacyjne...

Pierwsze chwile... o tym długo by opowiadać.

Rozumiem, że Interia mieściła się wtedy na Królewskiej w Krakowie?

Tak. Ale te "najpierwsze" momenty istnienia Interii to jeszcze spotkania robocze w siedzibie ComArchu na Królewskiej. Spotykaliśmy się tam, dyskutowaliśmy nad projektem, potem negocjowaliśmy umowę spółki.

Zatem gdzie był ten pierwszy przyczółek portalu?

W sumie można powiedzieć, że na Królewskiej. Biuro Pawła Przewięźlikowskiego było właśnie na Królewskiej i tam się spotykaliśmy. Potem dla celów tego projektu wynajęliśmy pomieszczenia kilka pięter niżej... Nie wiem, czy kiedyś Pani tam była...

Nie, widziałam tylko z zewnątrz

Nie polecam - ani z zewnątrz, ani z wewnątrz ten budynek nie wygląda rewelacyjnie. Zatem atmosfera była, powiedzmy, trochę garażowa. Spotkało się kilku zapaleńców, powzięło plan zrobienia portalu, wysłało ogłoszenia o pracę... Pierwsza rekrutacja była głównie w siedzibie RMF-u na Kopcu, ale także w siedzibie Comarchu. Temu szaleństwu towarzyszyły jednak solidne fundamenty w postaci doświadczenia biznesowego i medialnego założycieli.

Czy Interia miała jakiś wzór portalu, który chciała naśladować? Zarówno Wirtualna Polska jak i Onet mówimy, że chciały być jak Yahoo! A jaka miała być Interia?

Wystartowaliśmy z rodzajem inicjatywy portalu, który ma być taki, jak rynek krakowski. Pani zapewne wie, że krakowski rynek to takie przyjazne miejsce, które wszyscy podziwiają za niezwykłą atmosferę, gdzie można pospacerować, a przy okazji coś kupić, niektórzy potrafią coś zarobić, gdzie ktoś zagra i zaśpiewa, gdzie ludzie lubią się spotykać. Ogólnie jest to miejsce przyjemne i pożyteczne. Zatem taka miała być Interia. Natomiast jeżeli chodzi o model typowo biznesowy, to rzeczywiście Yahoo! dla wszystkich było wzorem, jako połączenie katalogu, wyszukiwarki i serwisów tematycznych. Pierwszą usługą, jaką uruchomiliśmy, były konta pocztowe, wtedy jeszcze w domenie Poczta.fm. Trochę później siedem podstawowych serwisów tematycznych.

Ile osób pracowało w Interii, kiedy ona powstawała? Długo rodził się portal zanim pojawił się w sieci?

Spółkę założyliśmy w sierpniu 1999 roku. Potem od 1 września albo nawet od października zatrudnialiśmy pierwszych pracowników, a portal uruchomiliśmy w lutym. Zatem minęło nie więcej niż 6 miesięcy od powstania spółki do uruchomienia portalu.

Dużo osób pracowało?

Nie więcej niż kilkadziesiąt. Muszę przyznać, że nie narzekaliśmy na zainteresowanie. Wiele osób z nami współpracowało. Praca trwała dniami i nocami - wszyscy czuli potężne wyzwanie.

Głównie studenci?

Na początku zatrudniliśmy przede wszystkim dyrektorów poszczególnych działów i serwisów i nie byli to studenci, tylko osoby dobrze znające swoje branże, oni budowali własne zespoły. Oczywiście niezależnie tworzyliśmy dział techniczny i produkcyjny, w sporej mierze na absolwentach AGH i osobach będących jeszcze studentami. Od razu stworzyliśmy własny dział marketingu oraz promocji. Z kolei w ogóle nie budowaliśmy własnego działu sprzedaży.

Sprzedaż była zewnętrzna?

Od początku współpracowaliśmy z RMF-em, gdzie z synergią wspierał nas Broker FM. Własnych sprzedawców w kluczowym miejscu czyli Warszawie nie mieliśmy praktycznie wcale. Teraz jest inaczej - nadal współpracujemy z Brokerem, ale posiadamy własny zespół aktywnie sprzedający produkty Interii.

Interii udało się jako jedynemu portalowi wejść na giełdę. Mogę sobie wyobrazić, że to musiała być ogromna praca.

Bez wątpienia. Tego nie da się zapomnieć. Gdyby nie uchwała giełdy, która właśnie preferowała spółki z sektora nowych technologii i wprowadzenie korzystnych warunków, to Interia pewnie nie znalazłaby się na giełdzie. Nie mieliśmy stażu prowadzenia działalności gospodarczej, spółka nie przynosiła zysku. W trakcie przygotowań do emisji, rano jeździliśmy do Warszawy, całe dnie mieliśmy wypełnione spotkaniami. Wieczorem po powrocie z Warszawy całymi nocami pisaliśmy różnego rodzaju dokumenty, prospekt emisyjny, etc. Już wtedy pracowało w firmie kilkadziesiąt osób, więc sprawa nie była tak prosta. Było to zwariowane połączenie godzenia bieżącego zarządzania spółką, prac koncepcyjnych nad rozwojem portalu, negocjowania umów z partnerami, dostawcami treści i bardzo odpowiedzialnej pracy związanej z rynkiem kapitałowym. Mogę powiedzieć, że to były szalone czasy.

Ile trwały przygotowania nad prospektem?

Łącznie około trzy miesiące.

Trzy miesiące jeżdżenia?

Trzy miesiące takiej wyczerpującej pracy. Dzień w dzień. Tomek Jażdżyński miał najwięcej z nas doświadczenia w sprawach giełdowych, a ja czy Iwo Makówka praktycznie jego brak. Musieliśmy przejść szybki praktyczny kurs, bo z podpisaniem praktycznie każdego dokumentu wiązała się bardzo duża odpowiedzialność. Szkoła życia.

Przed Interią na giełdę miała wejść Arena. Pamiętam, że Interia z Beskidzkim Domem Maklerskim znalazła nieścisłości w prospekcie emisyjnym Areny...

Arena planowała wejść na giełdę już po naszym debiucie, tj. w połowie czerwca 2001 roku. Co do nieścisłości to faktycznie w opublikowanym prospekcie emisyjnym Areny pojawiły się informacje z niepotwierdzonych źródeł, w szczególności dotyczyły one oglądalności portali. Wychwyciliśmy to zarówno my, jak i WP czy Onet. Prospekt Areny naprawdę był na tapecie. Na wszelki wypadek wymieniliśmy dane, abyśmy wszyscy mieli 100% pewności, co do naszych racji. Wszystkie portale potwierdziły obawy, stąd też wspólnie wyraziliśmy publicznie nasz sprzeciw w postaci oświadczenia. Trudno było nam tego nie sprostować.

W momencie kiedy Interia pojawiła się w sieci, kogo postrzegała jako największego rywala?

Nigdy nie mieliśmy jednego największego rywala. I zawsze było wiadomo, że WP i Onet to bardzo silni konkurenci. Niezależnie od znacznie większych nakładów finansowych, jakie zostały zainwestowane w ich rozwój, te dwa pomioty miały przez ponad 2 lata ogromną ilość darmowego PR-u. Jakikolwiek portal był uruchamiany: Arena, Ahoj, Yoyo czy masa innych, mniejszych wortali, to informacja o Onecie i WP znajdowała się w nagłówkach gazet, a przy niej od razu pojawiało się zestawienie czy komentarz informujący, że Onet i WP to dwa największe portale. Przyzwyczajenie użytkowników internetu do tego typu opinii nieprawdopodobnie im pomogło, oni sami z siebie rośli jak na drożdżach, a my musieliśmy walczyć o znajomość marki zupełnie inaczej, bo wydawanie gotówki na ekwiwalentne działania promocyjne nie wchodziło w ogóle w rachubę. W pewnym momencie najtrudniejszym przeciwnikiem rzeczywiście była Arena. Oni zrobili jedną bardzo dobrą kampanię reklamową z Kayah, która bardzo mocno podniosła wskaźniki znajomości marki. I chociaż faktyczne korzystanie z ich witryny, jak pokazywały dane przekazywane reklamodawcom, nie było zagrożeniem dla nas, to powodowało to sporo niejasności odnośnie trzeciej pozycji na rynku w badaniach deklaratywnych.

Który moment uzna Pan za najtrudniejszy w Interii?

Jak się patrzy wstecz, to można powiedzieć, że nie było ani jednej spokojnej chwili. Jedynym spokojnym oddechem była udana emisja. Każdy kwartał to kolejne cele, kolejne zadania. Na początku musieliśmy po prostu zaistnieć. Musieliśmy przekonać użytkowników, dlaczego użytkownicy mieli wybierać Interię a nie Arenę, czy np. Yoyo. Postawiliśmy na dobre usługi komunikacyjne. Zaczęliśmy od poczty elektronicznej, potem pojawiły się usługi społecznościowe: darmowe strony, czaty, randki, etc. I to w połączeniu z serwisami tematycznymi podnosiło statystyki. Najtrudniejszy moment to chyba jednak konieczność podjęcia decyzji o redukcji zatrudnienia w czasach recesji. To było straszne, musieliśmy zwalniać zatrudnione przez nas samych osoby, nie z powodu ich kwalifikacji czy jakości pracy, ale z przyczyn wyłącznie finansowych. Dzięki tak drastycznej decyzji ocaliliśmy około 100 miejsc pracy i spółkę, której pieniądze z emisji publicznej wystarczyły do osiągania dodatnich przepływów finansowych.

A 2000 rok? Panuje opinia, że portal dostawał tyle pieniędzy, ile potrafił przetrawić, a sama moc trawienia, była wskaźnikiem siły przedsięwzięcia.

Mogę powiedzieć w ten sposób: ja na pieniądze nie patrzyłem w kategoriach mocy trawienia. Na początku spółka otrzymała od akcjonariuszy 3 mln zł kapitału - od ComArchu i RMF-u i te pieniądze miały nam wystarczyć, potem Comarch tylko raz samodzielnie dofinansował spółkę, stąd udział Comarchu w Interii jest większy niż udział RMF-u.

Na ile miały pieniądze wystarczyć?

Nigdy nie było powiedziane, na ile miały wystarczyć. Po prostu miały wystarczyć. I jako nieliczni gracze na rynku zupełnie inaczej z tych pieniędzy korzystaliśmy. Oglądaliśmy każdą złotówkę z dwóch stron. Nigdy nie wydawaliśmy gotówki na marketing. Robiliśmy reklamę czy zakup technologii w ramach barteru, współpracy. Nie kupowaliśmy też sprzętu na wyrost. Wiedziałem, że jak jest dobry produkt, dobra wizja, to ona się sama obroni. W pewnym momencie, gdy już widać było, że przedsięwzięcie ma sens i możliwość pozyskania finansowania dalszego rozwoju, trzeba było poczynić większe inwestycje, przekraczające ówczesne samodzielne możliwości finansowe spółki, ale za tym poszła konsekwentna strategia pozyskania kapitału na rozwój. Myślę, że dzisiaj widać, że pieniądze sensownie zainwestowane w internet się zwracają, a zyskowność to tylko kwestia czasu. Internet jest już takim medium, które z powodzeniem może konkurować z większością gazet. Praktycznie większość pism specjalistycznych ma mniejszy zasięg niż branżowe witryny w portalach.

2001 rok to czas rozliczeń, kiedy padają wielkie, rozbuchane przedsięwzięcia...

Na szczęście tego nie odczuliśmy, bo sprzedaliśmy akcje spółki na giełdzie. A potem jak już mieliśmy pieniądze na koncie, to nie mieliśmy tego problemu. Patrzyliśmy tylko, co się dzieje z innymi. Pozyskaliśmy z giełdy około 38 mln zł. Mimo tego pilnowaliśmy kosztów i pierwszą naszą masową redukcją kosztów było... niezatrudnienie kilkudziesięciu osób. Zatrudnienie w konkurencji było kilkukrotnie wyższe niż w nterii. Ponoć w WP pracowało kiedyś ponad 400 osób. Muszę dodać, że jeszcze na przełomie 2003 i 2004 roku, gdyby nie starczyło nam pieniędzy, to wszyscy powiedzieliby: trudno. To była olbrzymia odpowiedzialność zarządu przed akcjonariuszami i pracownikami, aby wyprowadzić firmę z czasów recesji. Wtedy na dodatek wszyscy pamiętali, ile inwestorzy stracili na internecie. Nikt nie myślał o tym, że inwestycje w internet mogą jednak przynosić zyski. Dziś już widać perspektywę zwrotu pieniędzy z inwestycji w tego typu projekty.

Czy były naciski ze strony akcjonariusza na to, jak ma wyglądać portal? Co zrobić, a czego się wystrzegać?

Traktowano nas zawsze partnersko. Nigdy nie było konkretnych nacisków, raczej uwagi i preferencje. Portal zawsze był bardzo samodzielny. Ani profesor Filipiak ani prezes Tyczyński nie przychodzili do firmy i nie mówili, jak dokładnie ma wyglądać strona główna portalu czy konkretny serwis. Mieliśmy wolną rękę. Prawdą natomiast jest, że również nasi akcjonariusze mają swoje niekonwencjonalne sposoby na motywowanie zarządu i wtedy dochodziło do konfrontacji poglądów, ale to przecież standardowe działania organów nadzorczych każdej spółki.

Jednak w ubiegły roku przydarzyła się nagła zmiana - odwołano Tomasza Jażdżynskiego...

Nie chciałbym tego specjalnie komentować. Powszechnie wiadomo, że to była inicjatywa profesora Filipiaka, a nie RMF-u. Dla mnie sytuacja jest to o tyle nietypowa, że byłem w stanie poprzeć wizję Tomka, natomiast nie uważam, żeby wizja prof. Filipiaka była zła, była ona po prostu inna. Zarząd przed wyborem drogi preferowanej przez Tomka był statutowo zobowiązany do uzyskania zgody od organów nadzorczych, więc akcjonariusze mieli pełne prawo podjąć decyzję w tej sprawie.

Rozumiem, że nie było możliwości znalezienia jakiegoś złotego środka?

Nie chciałbym tego komentować. Za dużo wiem. I mam duży szacunek do Tomka Jażdżyńskiego. Będąc w środku spółki, rozumiem również racje profesora Filipiaka.

Tomasz Jażdżyński wspominał, że był taki moment w historii portalu, kiedy ComArch chciał zamknąć portal. Wejście na stronę główną miało być bezpłatne, natomiast cała reszta obarczona opłatami.

Był taki etap, zresztą nie tylko u nas, kiedy pytaliśmy, czy portale powinny być otwarte, czy zamknięte. I trzeba było zrobić analizę. Jak się okazało, zarządy konkurencji dostały identyczne pytania od swoich akcjonariuszy. Wiem, że gdyby przyszło nam zamknąć na kluczyk serwisy, to dziś nie byłoby portalu. ComArch postawił przed nami śmiałą tezę, że więcej zarobimy, jak użytkownicy będą płacić za dostęp. Trudno było rozgryźć czy intencje były prawdziwe, wyglądało na to że tak, może jednak to był jeden z tych sprytnych sposobów akcjonariuszy, inspirujących do tworzenia biznesplanów różnych dróg rozwoju. Ostatecznie akcjonariusze poparli kontynuację strategii portalu w głównej mierze bezpłatnego.

Jaka teraz będzie Interia? Zmieni się?

Będzie ciekawsza i bardziej multimedialna. Będziemy intensywnie rozwijać ofertę programową portalu i uzupełniać ją różnego rodzaju multimediami oraz specjalną ofertą dla użytkowników posiadających szerokopasmowy dostęp do internetu. Drugim podstawowym kierunkiem rozwoju jest nacisk na zwiększanie funkcjonalności serwisów komunikacyjnych i społecznościowych. Pierwsze efekty nowej strategii już widać - sklep muzyczny Melo.pl, serwis teledyski.interia.pl, umożliwiający oglądanie na żywo najnowszych teledysków oraz bazy ponad 350 utworów archiwalnych, nowy interfejs poczty elektronicznej, nowy serwis z treściami dla mężczyzn: facet.interia.pl oraz ostatni sukces - uruchomienie nowego centrum wyszukiwania we współpracy z Google Inc. - mamy teraz w portalu najlepszą wyszukiwarkę na świecie. Kolejne plany trzymamy w tajemnicy - działamy metodą faktów dokonanych. Jestem przekonany, że Interia jeszcze nie raz pozytywnie zaskoczy polskich użytkowników Internetu.

Jest Interia zadowolona z wyników PBI?

Przede wszystkim jest bardzo zadowolona, że w ogóle wyniki pojawiły się na rynku. Wszyscy gracze na rynku najwięcej mogą zarobić dzięki wzrostowi rynku reklamy internetowej, a dopiero w drugiej kolejności zabierając budżety konkurencji. Wyniki nareszcie pokazały, że pozycja Interii mierzona wskaźnikiem miesięcznego zasięgu jest w badaniach faktycznej oglądalności o kilkanaście punktów procentowych lepsza niż zasięg wynikający z badań deklaratywnych. To naprawdę dużo. Sukces ten zapewne przyćmiło zaskoczenie, że witryna Google ma większy zasięg miesięczny od portalu. Wzrost popularności tej wyszukiwarki to jednak trwała tendencja od wielu miesięcy. Google systematycznie od początku 2003 roku zabiera użytkowników internetu przede wszystkim największym portalom, tj. Onetowi i WP, których produkty wyszukiwawcze były do tej pory najpopularniejsze, pomimo niższej ich skuteczności. Ponieważ dotychczas wyszukiwarka Interii była znacznie słabszej jakości spora część naszych użytkowników siłą rzeczy korzystała z narzędzi konkurencji. Teraz mamy nadzieję, że współpraca z Google nad nowym produktem wyszukiwawczym w Interii spowoduje wzrost liczby użytkowników, oraz zwiększenie lojalności do portalu.

Bardzo dziękuję za rozmowę

Dołącz do dyskusji
Bądź pierwszy i zostaw komentarz.