Leszek Bogdanowicz: polski rynek nas nie rozpieszczał

Pomysł na prowadzenie internetowej działalności narodził sie jeszcze w Niemczech na przełomie 1994/95 roku - wspomina Leszek Bogdanowicz, pierwszy prezes Centrum Nowych Technologii, firmy, która w drugiej połowie lat 90-tych prowadziła portal WP. Tamte lata pełne entuzjazmu i euforii we wdrażaniu rozwiązań internetowych w polskich firmach, pełne rownież rozgoryczenia co do powolnego tempa, z jakim krajowy rynek anektował nowe technologie niewiele mają wspólnego z obecną sytuacją. W wywiadzie dla Internet Standard Leszek Bogdanowicz opowiada o jego zaangażowaniu w tworzenie Wirtualnej Polski, a później Areny oraz o jego rozczeniach co do własności WP.

Wydarzenia
16 grudnia 2016 r.

Dnia 18 kwietnia 2016 roku upłynął termin implementacji nowych dyrektyw UE regulujących unijny system zamówień publicznych. Przepisy te zostały...

Zarejestruj się
27 stycznia 2017 r.

Warsztaty mają na celu przekazanie wiedzy na temat problemów z prawami autorskimi we współczesnych  projektach IT oraz sposobach ich...

Zarejestruj się
3-4 kwietnia 2017

Coaching w Scrumie, to autorski program szkoleniowy, zaprojektowany z myślą o doskonaleniu pracy każdego Scrum Mastera. 2-dniowe szkolenie,...

Zarejestruj się
Internet Standard: W pierwszej połowie lat 90-tych przebywał Pan na studiach doktoranckich w Niemczech. Tam rozpoczęła się Pana przygoda z internetem?

Leszek BogdanowiczLeszek Bogdanowicz Leszek Bogdanowicz: Tak, to właśnie tam, podczas mojego pobytu w niemieckiej uczelni, poznałem internet, który był dla mnie narzędziem do weryfikacji mojej pracy doktorskiej. Służył mi również do poszukiwania narzędzi informatycznych, które przyspieszyłyby implementację programu, jaki powstawał w ramach mojego doktoratu.

Pan programuje?

Programowałem i to w różnych językach. Kiedyś korzystałem ze SmallTalka służącego do projektowania obiektowego. Pamiętam, jak znalazłem przez internet w Hong Kongu jakiś pakiet programistyczny, który mi wiele rzeczy ułatwił podczas moich zmagań z doktoratem.

Czy to, o czym Pan pisał w swojej pracy doktorskiej, miało jakieś praktyczne przełożenie na sposób funkcjonowania Centrum Nowych Technologii - firmy, która stworzyła Wirtualną Polskę?

Nie do końca, ponieważ to była trochę inna dziedzina. Wtedy też trudno było mówić o zastosowaniu technologii informatycznych czy w ogóle informacyjnych w polskim przedsiębiorstwie - nie mówiło się też o obecności internetu w firmie. Sieć grupowała przede wszystkim pasjonatów z ośrodków naukowych na całym świecie. Serwisy informacyjne dopiero powstawały.

Pan był w Niemczech, w tym samym niemieckim instytucie przebywał Marek Borzestowski. Z kolei Jacek Kawalec znajdował się w Holandii. Jak Panowie kontaktowali się ze sobą?

Marek Borzestowski był moim praktykantem, więc kontaktowaliśmy się bezpośrednio. Natomiast Jacka Kawalca poznałem przez listę dyskusyjną tak zwanej Wirtualnej Akademii, pierwszy wirtualny uniwersytet. Wirtualnie prowadziliśmy dyskusje na różne tematy. Pisaliśmy o tym, co nowego dzieje się w świecie nowych technologii, internetu itd. W ten sposób dowiedziałem się, że Jacek jest specjalistą w kwestiach Oracle'a i zadecydowałem, że byłaby to przydatna osoba w prowadzeniu wspólnego przedsięwzięcia, jakim było Centrum Nowych Technologii.

W takim razie pomysł założenia CNT powstał jeszcze za granicą?

Tak, w sierpniu wróciłem do kraju, a we wrześniu powstała spółka, więc pomysł musiał narodzić się jeszcze podczas mojego pobytu w Niemczech. Jacek Kawalec stał się jednym z udziałowców CNT. W spółkę zainwestowali również moi koledzy z Niemiec. Oni dali większość kapitału, a było to wtedy ok. 50 tys. zł. Dosyć dużo jak na tamte czasy. Jacek Kawalec wniósł do spółki komputer klasy PC. Reszta osób wniosła obowiązkowe wpisowe. Najpierw ze względów formalnych została założona spółka z dwoma osobami - tzn. zakładałem ją ja i Marek Borzestowski.

Powstało CNT. W jaki sposób przekonywali Panowie polskie firmy do nowych technologii?

To było bardzo trudne zadanie. Z założenia spółka miała się zajmować dwoma rzeczami: dostępem do internetu (wdzwaniany dostęp, ewentualnie łącza stałe) i właśnie produkcją zaawansowanych komercyjnych serwisów webowych, powiązanych dynamicznie. Trudno było znaleźć jakiegoś providera, który dałby nam łącze do szerszego udostępnienia. Musieliśmy również przekonywać firmy, że dostęp do internetu jest im potrzebny. Poświęcaliśmy każdemu klientowi nawet kilku godzin czasu, żeby tylko wykupił abonament za 50 zł. To była naprawdę bardzo ciężka praca, w zasadzie nieopłacalna. Często jednak było tak, że jakiś klient wykupił dostęp do internetu, a potem za jakiś czas zamówił u nas wykonanie strony WWW.

Ale zrobili Panowie serwis online "Rzeczpospolitej"...

Było to możliwe głównie dlatego, że "Rzeczpospolita" poszukiwała firmy, która wykonałaby taki projekt i dlatego zwrócili się do nas. Gdybyśmy musieli przekonywać "Rzeczpospolitą" do inwestycji w internet, to z pewnością by się nam nie udało. Oni sami widzieli potrzebę bycia online.

Później Prokom stał się inwestorem CNT. Skąd taka zmiana w polityce tej firmy: na początku stawiała opór przed internetem, a potem zdecydowała się na inwestycję w spółkę zajmującą się nowymi technologiami...?

Jest to z pewnością zadziwiające. Myślę, że w pewnym momencie Prokom zobaczył, że wszyscy się zajmują internetem i sam postanowił się tym zainteresować.

Trudne były negocjacje z Prokomem?

To już nie do mnie pytanie. Ja nie brałem w tym udziału, ponieważ byłem zawieszony w prawach udziałowca i negocjacje prowadzono poza moją wiedzą.

Co było powodem Pana zawieszenia?

Ciąg pewnych wydarzeń: chociażby to, że w pewnym momencie przestałem brać udział w pracach na rzecz spółki, co zostało wykorzystane jako pretekst do wyłączenia mnie również z moich praw właścicielskich. Jak się okazało po latach, zawieszono mnie po to, bym nie miał wpływu na transakcję z Prokomem.

W jaki sposób Pana obecność mogłaby zaważyć na przebiegu negocjacji?

Może bym coś zyskał na tym jako udziałowiec...

I kto był inicjatorem zawieszenia?

Pod tym podpisali się wszyscy pozostali udziałowcy. Nie wiem, jednak kto podsunął ten pomysł.

W 1997 roku do spółki przyszedł Maciej Grabski, człowiek o którym mówi się, że stał się wodą na młyn, która wprawiła w ruch Wirtualną Polskę...

Rzeczywiście on wprawił firmę w ruch. Jednakże, w pewnym momencie ten ruch przybrał postać rozpędzającej się kuli śnieżnej, która spadała po stromym zboczu i w końcu się rozbiła. Muszę jednak przyznać, że pan Grabski dokonał zburzenia pewnego układu związanego z jakąś formą wypalania się czy zmęczenia. Wtedy w spółce była naprawdę ciężka sytuacja. Trzeba przyznać, że CNT ze swoimi pomysłami było zawsze trochę za wcześnie w stosunku do rynku.

Maciej Grabski wspominał, że jego pomysły były blokowane w spółce, że wyczuwał potrzebę rynku, jednakże opór ze strony innych udziałowców sprawiał, iż nie mógł ich realizować. Wspominał, że komunikator Wirtualna Polska uruchomiła zbyt późno.

To już nie moje czasy. Mogę przyznać, że miał różne wizje, jednak nie zawsze przekładalne na działania z korzyścią dla spółki.

Jak się układały relacje między Panami: Leszek Bogdanowicz, Maciej Grabski, Jacek Kawalec, Marek Borzestowski?

Trudno odpowiedzieć na to pytanie w jednym zdaniu. Relacje zmieniały się wraz z upływem czasu.

Były wielkie przyjaźnie, karczemne awantury, chwile wielkiej euforii...?

Na pewno za tych dawnych czasów, kiedy tylko w zasadzie ja z Markiem Borzestowskim funkcjonowaliśmy w firmie jako zarządzający, to zrobienie rzeczy typu serwis dla "Rzeczpospolitej" czy przeprowadzenie wyborów razem z "Rzeczpospolitą", debaty przedwyborczej były momentami, kiedy czuliśmy się świetnie. Aczkolwiek zwykle po takich chwilach nadchodziła refleksja, że nasze przedsięwzięcia nie są specjalnie intratne. Nie mieliśmy też pewności, że będą. I tak po pewnym czasie wkradło się w nas zmęczenie. Dodatkowo atmosferę psuło zamieszanie wewnątrz spółki. Było mnóstwo pomysłów, ale pieniędzy brakowało na podstawowe sprawy. I myślę, że to też frustrowało Macieja Grabskiego - nie mógł zrealizować swoich koncepcji, ponieważ nie sprzyjały ku temu warunki rynkowe, a on nie mógł się z tym pogodzić, a do tego jeszcze jego możliwości wsparcia finansowego okazały się mniejsze niż obiecywał.

Co skłoniło Pana do odejścia z Centrum Nowych Technologii. Mówi się, że Leszek Bogdanowicz nie odszedł ze spółki, tylko został zmuszony do odejścia. Prawda?

Tak, można tak powiedzieć. Z jednej strony osoba Macieja Grabskiego wprowadzała takie zamieszanie, że niemożliwe było realizowanie jakiegoś konstruktywnego i zaplanowanego harmonogramu działań. Z drugiej stron brak był wsparcia przede wszystkim ze strony Marka Borzestowskiego, który twierdził, że ta sytuacja to nie jego problem.

A powinien wtedy zareagować, tak?

Tak, na tym przecież polega bycie udziałowcem. Należy brać na siebie odpowiedzialność. Aczkolwiek w efekcie na tej całej sytuacji to właśnie Marek Borzestowski najbardziej skorzystał. Został prezesem spółki.

Uruchomił Pan Arenę.pl, jaka była reakcja ze strony WP?

Reakcja ze strony WP jako firmy była żadna, przynajmniej na początku. Natomiast dochodziły do mnie słuchy - jako że miałem kontakt z ludźmi z Trójmiasta, którzy pracowali w Wirtualnej - że znalazłem się na indeksie.

Na indeksie?

Tak, mojej osoby i mojego nazwiska nie można było w ogóle wspominać. Był zakaz. Ludzie, którzy mnie nie znali, a zaczynali pracować w Wirtualnej Polsce, nabierali do mnie bardzo negatywnego stosunku.

Udziałowcy nie mieli Panu za złe, że stworzył Pan coś na wzór WP?

Jeżeli w danym układzie nie miałem możliwości realizacji jakiś swoich wizji, to miałem prawo wprowadzić je w życie w innych warunkach. Wirtualna Polska była moją własnością, to ja ją zrobiłem. Zdaję sobie sprawę, że pozostali udziałowcy mentalnie się z nią utożsamili, w pewnym momencie nawet zaprzeczając rzeczywistości i twierdząc, że to oni są autorami WP.

Koledzy mówią o Panu, że jest Pan fachowcem w dziedzinie internetu...

Miło mi słyszeć takie opinie. Mogę powiedzieć tylko tyle, że zajmuję się nowymi mediami od 1995 roku. Może nie jestem obecnie specjalistą od bardzo głębokich technicznych zagadnień takich jak programowanie, administracja siecią, aczkolwiek potrafię to robić. Najlepiej udało mi się jednak tworzyć rzeczy, które wykorzystywały potencjał nowego medium.

Podobno Wirtualna Polska niemalże zbankrutowała po Pana odejściu...

Wirtualna Polska nie istniała jako firma w momencie mojego odejścia - to był jedynie portal, który był przeze mnie prowadzony, więc nie mogła zbankrutować. To był mój prywatny produkt, który nazwałem Wirtualna Polska. Jeżeli chodzi zaś o Centrum Nowym Technologii, to ono przez cały czas było w trudnej sytuacji finansowej. Przyjście pana Grabskiego też nie zmieniło wiele - pozwoliło jedynie złapać oddech na jakiś czas, a potem znowu było bardzo trudno. Dlatego nie rozumiem, w jaki sposób moje odejście mogłoby spowodować taką sytuację.

Jak się pracowało w Arenie w porównaniu z WP?

Arena miała inny cel funkcjonowania niż CNT, które było firmą, zajmującą się produkcją serwisów WWW, dawaniem dostępu. Arena najpierw nastawiona była na konstruowanie inwestycji w nowe technologie, a potem zajęła się portalem. W nowej firmie bardziej fachowo podchodziło się do podziału kompetencji, sposobu funkcjonowania przedsiębiorstwa i sposobu wprowadzenia produktu na rynek. Przed wypuszczeniem produktu na rynek prowadziliśmy badania ilościowe i jakościowe, opracowywaliśmy koncepcję wdrożenia, weryfikowaliśmy ją. Kampania marketingowa miała zupełnie nową jakość.

Upadek Areny był dość zaskakującym wydarzeniem dla całej branży internetowej, pojawiło się mnóstwo spekulacji na temat przyczyny finału losów portalu...

Było wiele różnych przyczyn, które się zbiegły akurat w tym momencie. Bardzo krótko mówiąc można powiedzieć, że Arena miała pecha, że była pierwszym portalem, który upadł i wziął na siebie impet upadku całej branży internetowej. Wątpię w to, że inni udziałowcy tego rynku byli zdziwieni upadkiem, ponieważ w pewnym momencie robili wszystko, żeby wspomóc ten proces. Po różnych publikacjach w prasie, także ze strony konkurencji, niemożliwe stało się wejście na giełdę. Oczywiście to nie było decydujące. Sprawą podstawową było ogólne załamanie się branży internetowej. Drugim problemem był model, który obraliśmy - model portalu dostępowego. Wydaje mi się, że jak na tamte czasy to był za śmiały projekt. Wszyscy mieli może za dużo obaw - mam namyśli rynek telekomunikacyjny. Ogólnie rzecz biorąc, Arena była to zbyt daleko idącą ideą, która mogła zmienić układ na rynku, w tym telekomunikacyjnym.

Czy Arena mogłaby być takim motorem do deregulacji rynku telekomunikacyjnego?

Mogłoby się tak stać.

Czy utrzymuje Pan jeszcze jakieś kontakty z ludźmi związanymi z Areną?

Ze względu na sposób rozwiązania tej sytuacji, który teraz traktuje już z dystansem, utrzymywanie kontaktów ze współudziałowcami stało się bezwartościowe.

Czy po upadku Areny nie miał Pan chęci, ochoty powrócić do Wirtualnej Polski? Nie dostał Pan takiej propozycji?

Nie wierzę, żeby mój powrót był wtedy możliwy -głównie ze względu na emocje, które towarzyszyły mojemu odejściu z CNT i które tam też pozostały, do dziś. Znacznie przekraczały w swej intensywności kwestie biznesowe. Nawet tego nie rozważałem.

Druga strona też nie?

Nie sądzę.

A nie dostał Pan propozycji od innych portali?

Wtedy niewiele osób myślało o tym, żeby rozwijać portal. Wszyscy skupiali się na tym, w jaki sposób zwinąć biznes, żeby przetrwał złą sytuację.

Jakie są teraz Pana kontakty z WP?

Moje kontakty są poprawne, jeśli chodzi o udziałowców. Nie są to jednak intensywne relacje i nie wprowadzają żadnej nowej jakości. Przynajmniej na razie. Głównie jednak komunikuję się z zarządcą, wysyłając mu różne wnioski.

Na jakim etapie jest teraz Pana sprawa o odszkodowania tytułem naruszenia przez Wirtualną Polskę praw autorskich ?

Sprawa rozpoczęła się w czerwcu, kiedy to złożyłem wniosek do sądu. Pierwszą propozycję napisałem dla układu, jako że spółka jest w trybie postępowania upadłościowego z możliwością zawarcia układu, a nie likwidacji, jak było wcześniej.

Pozostali udziałowcy mówią, że Pan ich szantażuje, przedstawiając swój wniosek zawsze w chwili pojawienia się inwestora, czy w innym kluczowym dla spółki momencie...

Pojawiam się z tym wnioskiem już od paru lat i czasami się zdarza, że spółka akurat przeżywa jakiś przełomowy moment. Udziałowcy mogą mieć żal tylko do siebie, że przed przełomowymi momentami nie uporządkowali sytuacji prawnej w spółce.

Czemu TPSA tego nie rozwiązała, podczas negocjacji w 2001?

Nie wiem. Może bazowała na ograniczonym zestawie informacji.

Jeżeli udałoby się Panu przejąć spółkę, co będzie dalej z Wirtualną?

Pytaniem jest też to, czy uda mi się ją przejąć. Przedstawiłem ofertę i w tej chwili przekonuję zarządcę, że jest ona dla spółki najlepsza. Moja sytuacja jest jednak utrudniona, bo nie jestem dopuszczany do wykonania audytu w spółce. Załóżmy jednak, że uda mi się przejąć WP. Wtedy chciałbym oprzeć portal na dwóch nogach: telekomunikacyjnej z partnerem z tej branży (najprawdopodobniej niezależnym operatorem telekomunikacyjnym), który dałby zupełnie nowe źródło przychodu w postaci usług i treści z płatnym dostępem oraz telefonię internetową. Drugim filarem portalu byłoby wsparcie ze strony partnera medialnego.

To byłaby jakaś gazeta, stacja telewizyjna, radiowa...?

Najbardziej logiczne byłoby, gdyby to był koncern, który skupia w sobie te wszystkie obszary działalności - tutaj jednak na pewno największą siłę ma partner telewizyjny.

Co Pan sądzi o wydarzeniu dotyczącym przejęcia komputera prezesa WP i znalezienia na nim dokumentów mających świadczyć o tym, że działał na szkodę spółki?

Nie mogę się wypowiadać w tym zakresie. Mogę jedynie potwierdzić moje rozumienie prawa, które umożliwia udziałowcom jak i również członkom zarządu kontrolowanie dokumentów spółki. Notebook pozostawiony w spółce może należeć do takiego zbioru danych, które powinny być udostępniane.

Jeżeli sąd przyzna, że prezes WP rzeczywiście działał na szkodę spółki, jakie będą wtedy Pana refleksje jako osoby, która współpracowała z nim przez parę lat?

Na pewno smutne... Aczkolwiek takie smutne refleksje miałem już dawno temu, dlatego zresztą odszedłem z CNT. Nie spodziewałem się jedynie tak silnej ekskalacji tych wszystkich konfliktów. Czułem, że spółka będzie miała problem wynikający z takiego a nie innego składu osobowego udziałowców i zarządu. W moich najśmielszych myślach nie podejrzewałem jednak, że dojdzie do sytuacji upadłości.

Czuje się Pan jeszcze w pewien sposób związany z Wirtualną Polską?

Twierdzę, ze jestem właścicielem tego portalu. Mam oczywiście też sentyment do WP.

A czym się Pan teraz zajmuje?

Zajmuję się branżą internetową, a dokładnie konsultuję projekt telewizji interaktywnej dla TVP.

Patrząc z perspektywy czasu na historię WP, czy jest coś, co zrobiłby Pan inaczej?

Oczywiście. Człowiek popełnia błędy, a moim podstawowym błędem było dopuszczenie do sytuacji, jaka była - chodzi o podział udziałów po wejściu pana Grabskiego. Może ja za szybko odpuściłem i za łatwo przyjąłem opinię pana Marka Borzestowskiego. Generalnie byłem bardzo sceptyczny w swoich osądach i powinienem był się ich trzymać.

Osoby, które pracowały w CNT od początku, tworzyły portal, czują się pokrzywdzone Pana wnioskiem o odszkodowanie od WP za naruszenie praw autorskich. Wskazują, że portal to nie tylko Pana własność, ale również ich, a co więcej oni mogliby równie dobrze złożyć takie wnioski jak Pański...

Zatem zachęcam ich do złożenia. Przecież ja nie mogę być ich adwokatem, chyba, że wyznaczą mnie na swojego pełnomocnika, a wtedy chętnie im pomogę. Ja złożyłem wniosek w swojej sprawie. Trzeba podkreślić, że zagadnienia związane z prawem autorskim są bardzo skomplikowane i być może rozżalenie innych pracowników wynika z niezrozumienia niuansów prawa autorskiego.

Jaki może być finał WP?

Mam nadzieję, że finał będzie taki, iż wreszcie wszystkie konflikty - a istnieją one od wielu lat - wszystkie sprawy sporne, łącznie z moją zostaną rozwiązane. Mam nadzieję, że przedsiębiorstwo będzie dalej funkcjonować i w tym celu wyznaczy sobie mocne cele strategiczne, a następnie przełoży je na plany i zrealizuje.

Bardzo dziękuję za rozmowę.

Dołącz do dyskusji
Bądź pierwszy i zostaw komentarz.