Media elektroniczne nie zdały egzaminu w czasach kryzysu

Państwo się zatrzymało. Trudno jest ocenić na ile ten stan wywołali - przerażeni powagą sytuacji - politycy, a na ile dali się ponieść mediom wciągniętym w nastrój żalu po poległych. Te zaś - zamiast informować - zajęły się w kryzysie autoterapią wspomnień.

Wizerunek elektronicznych mediów informacyjnych opiera się o umiejętność zdobycia informacji z pierwszej ręki i intuicję wyboru ważnych spraw z potoków serwisów informacyjnych. To tworzy imperatyw szybkiego i elastycznego reagowania. Można by zakładać, że kryzys jest specjalnością kanałów informacyjnych, skoro działają w warunkach ciągłej gotowości do profesjonalnej analizy i komentowania niespodziewanych wydarzeń. Niestety kryzys poważny - jak ten zapoczątkowany katastrofą rządowego samolotu 10 kwietnia - pokazuje, że wszystkie media informacyjne mogą się na ponad tydzień pogrążyć w niemal całkowitej alienacji wobec otaczającego świata. Stają się nie tylko uczestnikiem tragicznych wydarzeń. Interpretując emocjonalnie swoją rolę świadka historii transmitują wszystko. Przestając jednak informować pogłębiają objawy, a najprawdopodobniej również skutki kryzysu. A przecież misja mediów informacyjnych polega na informowaniu, a nie na ponurym marketingu prywatnej zbiorowości smutku. Podobnie bywa zresztą z każdym kryzysem, również ubiegłorocznym, ekonomicznym.

Państwo w żałobie

Komentatorzy telewizyjni zajmujący się polityką wmawiają nam, że osierocone instytucje państwa mogą czekać nie tylko na koniec żałoby, pogrzebanie wszystkich poległych, a być może najlepiej na wybór nowego prezydenta. Nie wiemy, czy rząd jest gotowy strategicznie reformować państwo, czy można czekać z nominacjami, ustawami, czy jest jakiś sztab kryzysowy. Goście w studiach telewizyjnych - na fali uniesienia żałobą - namawiają, aby politycy przestali się zajmować polityką, czyli porzucili spory o koncepcje rozwoju państwa i wybrali kandydata na prezydenta ponad podziałami. Telewizja pokazuje profesora, który wzywa pełniącego obowiązki prezydenta Marszałka Sejmu do zawetowania ustawy, którą niedawno podpisał. Kontrkandydat na prezydenta wzywa p/o prezydenta do rezygnacji. Taktownie nie zauważa się powracających przejawów patriotyzmu demarkacyjnego, odmawiającego prawa do żałoby tym, którzy kiedyś krytykowali żyjącego prezydenta.

W tej atmosferze media prawie pominęły: 2000 zabitych w trzęsieniu ziemi w Chinach; rozmowy na temat rozbrojenia nuklearnego w Waszyngtonie; skutki ujawnienia oszustw banku Goldman Sachs, a dedykowanie Polakom kolejnej trzydniowej żałoby w Brazylii - ogłoszonej po lawinach błotnymi w Rio de Janeiro - zinterpretowano wyłącznie jako żal po ofiarach katastrofy w Smoleńsku. Dopiero wiadomość o wybuchu islandzkiego wulkanu Eyjafjallajökull przebiła się do nas jak sygnał z odległej planety, ale głównie jako kolejne fatum nad Polską, zagrażające obecności oficjalnych gości na pogrzebie pary prezydenckiej. Trzeba było kilku dni, aby telewizje odzyskały zdolność do rozmowy z ekspertami o tym, czym w istocie jest wybuch wulkanu i jakie mogą być gospodarcze skutki zablokowania sytemu transportu powietrznego Europy.

Dołącz do dyskusji
Bądź pierwszy i zostaw komentarz.