Przez pryzmat Standardu

Obserwacja rynku telekomunikacyjnego składnia do przykrej, choć banalnej refleksji: upowszechnienie dostępu Internetu się nie opłaca. Z tego powodu nie opłaca się też zbytnio e-biznes.

Do konstatacji tej skłoniła autora rozmowa z pewnym znawcą polskiego rynku telekomunikacyjnego, który wyraził opinię, że operatorzy telefoniczni powinni starać się wykreować popyt na usługi dostępowe u indywidualnych klientów. Nie robią tego, więc należy przypuszczać, że się to nie opłaca. Gdyby inwestycje w infrastrukturę dawały choć 20% zysków jakie przynoszą polskie papiery skarbowe, to o każdy blok, tylko w dużych miastach Polski, biłoby się pięciu operatorów. Patrząc na rozwój sytuacji na polskim rynku telekomunikacyjnym nie wydaje się jednak, aby rynek internetowy szybko stał się głównym polem walki.

Niestety, dopóki dostęp do Internetu nie będzie powszechny i po przyzwoitej cenie, dopóty polski e-biznes będzie mocno kulał. Ta, znowu banalna, "mądrość" jakoś dziwnie nie docierała do menadżerów internetowego biznesu w naszym kraju. Postawiłbym tezę, że nie dociera w dalszym ciągu. Ochłodzenie atmosfery wokół nowej gospodarki w Polsce jest wtórne w stosunku do USA, i idę o zakład, że kiedy za oceanem znów wybuchnie e-ntuzjazm, to i na warszawskim parkiecie ceny akcji spółek, o których inwestorzy usłyszą, że są choćby "podłączone do Internetu" znowu poszybują w górę. Chociaż do tego czasu nie przybędzie w Polsce linii telefonicznych ani propozycji taniego dostępu do Internetu.

Znowu prezesi spółek zaczną przypominać, że w Polsce jest ponad 5 mln (wtedy być może firmy badawcze doliczą się już 7 mln) internautów, zaliczających do nich nawet cokwartalnych użytkowników sieci. Nie sądzę, żeby prezesi w to wierzyli, raczej starają się przekonać inwestorów, do wysupłania dodatkowych paru groszy. Nawiasem mówiąc, pokazuje to płytkość polskiego rynku, na którym zamieszania narobiły odpryski internetowego entuzjazmu z Europy i USA. Mały pieniądz, który wystarczył, aby wywindować kursy akcji, ale nie wystarczył już na naprawdę duże inwestycje w konkretne przedsięwzięcia.

Rozsądne analizy szacują liczbę osób, które można określać mianem internautów na 1,5-2 mln. Ich liczba będzie pewnie rosła, ale na pewno nie w takim tempie, jak to miało miejsce po internetowej rewolucji, którą zafundowała Polsce TP S.A. Kolejny boom wymaga kolejnej rewolucji. Już widać, że nie wywołają jej propozycje telewizji kablowych, ani platform cyfrowych. Są albo za drogie, albo zbyt mało wydajne, albo wbrew reklamom - niedostępne. Proponuję, żeby ktoś spróbował zamówić instalację w Aster City czy El - nawet w Warszawie, gdzie kablowa infrastruktura ma odpowiednie parametry.

Twierdzi się, że na Zachodzie Internet stoi połączeniami dial-up, obciążonymi zryczałtowanymi opłatami. Być może i w tym kierunku pójdą polscy operatorzy (czytaj TP SA), co na pewno Internetowi to nie zaszkodzi. Zwróciłbym jednak uwagę, na fatalną wydajność połączenia w takim trybie, która skutecznie zniechęca do korzystania z bardziej obciążających sieć usług. Tempo transmisji protokołem SSL czyni obsługę e-rachunku bankowego bardzo uciążliwą czynnością. Przy zryczałtowanej opłacie bijący po kieszeni licznik nie wywołuje wprawdzie nerwowego stukania palcami w mysz, ale czas też kosztuje. Jeżeli dokonanie przelewu zajmuje 30 min., to może lepiej załatwić go przez telefon.

Podobne problemy zaczynają się w przypadku internetowych płatności za zakupy. E-commerce w tych warunkach jest gehenną i nikt się nie będzie katował.

Zatem hasłem winno stać "Mniej e-sklepów, mniej portali, więcej kabla." Bez e-infrastruktury nie będzie e-biznesu, a przynajmniej dużych w nim pieniędzy. Kto może pomóc? Może TP S.A., choćby z racji wielkości i liczby abonentów, które czynią jej inwestycje najbardziej rentownymi. Tu jednak odsyłam do pierwszego akapitu tego tekstu. Państwo? Biedne, biedne jak mysz kościelna i chyba ślepe. Nie widzi, czym będzie gospodarka stała za 30 lat. Może nie sklepami internetowymi, ale Internetem na pewno. Od państwa można chyba tylko oczekiwać nierentownych inwestycji pro publico bono. Że nie ma pieniędzy, to jedno, że nie ma zapału, to co innego.

Dobrym odnośnikiem są kraje skandynawskie, w których ogromna penetracja Internetu, i to "szybkiego" Internetu, jest zasługą państwa. Nie przekłada się to wprawdzie na jakąś szczególną potęgę nordyckiego e-biznesu, ale na pewno mu nie szkodzi. Polacy, znani z podziwu dla Amerykanów, na pewno podchwycili by zaoceaniczne wzorce i dniami całymi nie wychodzili z internetowych sklepów. Gdyby tylko mogli...

<i>Tekst zawiera osobiste poglądy autora na temat obserwowanych zjawisk i faktów, i jako taki powinien być traktowany</i>

Dołącz do dyskusji
Bądź pierwszy i zostaw komentarz.