Francuski łącznik budżetu

Przedstawiciele rządu twierdzą, że prywatyzacja nie jest narzędziem służącym zapewnianiu wpływów do budżetu. Ma pomóc w urynkowieniu państwowych firm i przedsiębiorstw. Lecz transakcja sprzedaży TP SA, największa tego typu operacja w naszej części Europy, która już w części zasiliła państwową kasę, w tym roku może nie pójść zgodnie z planem i spowodować, że pojawi się w niej manko.

Przedstawiciele rządu twierdzą, że prywatyzacja nie jest narzędziem służącym zapewnianiu wpływów do budżetu. Ma pomóc w urynkowieniu państwowych firm i przedsiębiorstw. Lecz transakcja sprzedaży TP SA, największa tego typu operacja w naszej części Europy, która już w części zasiliła państwową kasę, w tym roku może nie pójść zgodnie z planem i spowodować, że pojawi się w niej manko.

Historia prywatyzacji Telekomunikacji Polskiej sięga 1998 r. Od początku przyciągała uwagę inwestorów, mediów i pracowników spółki. Ci ostatni swego czasu grozili strajkiem i wyłączeniem telefonów, jeżeli akcje operatora otrzymają również pracownicy Poczty Polskiej. Dziś o tym konflikcie niewiele osób pamięta. Trudno się dziwić, bo prywatyzacja telekomunikacyjnego monopolisty miała wiele innych, bardziej istotnych zakrętów. Po raz pierwszy gorzką pigułkę Ministerstwo Skarbu Państwa musiało przełknąć przy pierwszym etapie sprzedaży akcji Telekomunikacji Polskiej SA. Zgodnie z przyjętym przez rząd harmonogramem w ofercie publicznej znaleźć się miało 15-25%

akcji należących do Skarbu Państwa, wycenianych czasami na 4-5 mld USD. Ostatecznie na rynek trafiła minimalna liczba akcji - 210 mln walorów. Resort skarbu szacował, że każda z nich warta będzie 14-18,5 zł.

Zmiana kursu akcji TP SAKliknij, aby powiększyćZmiana kursu akcji TP SAW listopadzie 1998 r. rynek zweryfikował plany ministerstwa, wyceniając akcję TP SA na niewiele ponad dolną granicę widełek - 15,2 zł. Nawet część analityków była zaskoczona. Ministerstwo mówiło jednak o sukcesie prywatyzacji, twierdząc, iż świadczy ona o zaufaniu zagranicznego kapitału do naszej gospodarki. Z jednej strony faktycznie, inwestorzy zagraniczni, do których adresowano dwie trzecie akcji, chcieli kupić ponad dwa razy więcej i redukcja zleceń wyniosła ponad 58%. Jednak z drugiej strony, to właśnie zagraniczny kapitał preferował cenę z dołu widełek, gdy polski był skłonny zapłacić 18 zł za akcję. Ponadto spadła wartość narodowego operatora, gdyż przed tzw. kryzysem rosyjskim twierdzono, że jest on wart nawet 15-20 mld USD. Tymczasem giełda wyceniła TP SA "zaledwie" na ok. 6 mld USD. Niezależnie jednak od różnic w wycenie w 1998 r. wpływy ze sprzedaży TP SA były takie, jak oczekiwano.

Zgodnie z rządowym harmonogramem rok później miało dojść do wprowadzenia inwestora strategicznego, który kupiłby 25-35% akcji. Ogłoszono przetarg. Wyłączność na negocjacje uzyskał France Telecom. Prezes tej firmy przyjechał w grudniu do Warszawy, aby sfinalizować transakcję, i... dowiedział się, że jego oferta jest mało satysfakcjonująca. Ministerstwo unieważniło przetarg, zapowiadając jego powtórzenie w 2000 r.

Ówczesny minister skarbu Emil Wąsacz twierdził, że nie satysfakcjonowały go m.in. proponowana przez Francuzów cena, zobowiązania inwestycyjne oraz pozycja Skarbu Państwa w spółce. Mówiono, że France Telecom oferował za 30% akcji TP SA ok. 2,5 mld USD, gdy Emil Wąsacz chciał wziąć za nie dwa razy więcej. Prawie mu się to udało. W powtórzonym przetargu znów na placu boju pozostali Francuzi, wspierani przez Kulczyk Holding.

W sumie konsorcjum za 35% akcji zapłaciło ponad 18 mld zł (ok. 4,2 mld USD). Jednak niewiele brakowało, by i ta transakcja nie doszła do skutku. Wówczas prezes France Telecom Michael Bon ponownie wróciłby do swego kraju z kwitkiem. 25 lipca, gdy miało dojść do podpisania umowy i dziennikarze czekali na konferencję prasową, okazało się, że na przeszkodzie stoją problemy techniczne, w związku z czym uroczystość trochę się opóźni. Oficjalnie z powodu awarii sieci komputerowej nie można było wydrukować dokumentów. Ale niewielu w to uwierzyło. Nieoficjalnie wiadomo, że w ostatniej chwili strona polska chciała wprowadzić zmiany do wynegocjowanej już umowy. Ponoć M. Bon tak się zdenerwował, że gotów był wsiąść do samolotu i więcej do Polski nie wracać. Ostatecznie po kilkugodzinnej wojnie nerwów umowę podpisano, czym uratowano budżet.

Dołącz do dyskusji
Bądź pierwszy i zostaw komentarz.